Teoria chaosu, czyli o bezpieczeństwie w Buenos Aires

Standardy bezpieczeństwa w Ameryce Południowej znacznie odbiegają od tego, co nazywamy „bezpiecznym” w Europie. Wybierając się w podróż do krajów latynoamerykańskich, każdy, kto jest tego świadomy, stara się mieć oczy z tyłu głowy, by jego dobytek był bezpieczny. Kiedy wychodzi się na spacer, chowa się pieniądze w najgłębszych czeluściach kurtek, spodni, a nawet bielizny. Buenos Aires, jak każda metropolia i ogromna aglomeracja miejska, króluje w rankingach kradzieży i napadów, a metody, jakich chwytają się złodzieje, można porównywać do występów magików na scenie. Jak zatem nie dać się zaczarować?

Jest kilka standardowych i złotych zasad, których przestrzegają prawie wszyscy turyści w Buenos Aires – staraj się unikać mocno zatłoczonych miejsc, w metrze trzymaj swoją torebkę z przodu, a rękę na kieszeni z portfelem. Jeśli nie musisz – nie wychodź po zmroku, nie chwal się nową lustrzanką, nie trzymaj wszystkich pieniędzy w jednym miejscu. Jednak argentyńska stolica często pozwala na to, by stracić czujność. To nowoczesne i zadbane miasto, z cudownymi parkami, deptakami, dobrymi restauracjami, luksusowymi samochodami na ulicach, a także otwartymi i niezwykle przyjaznymi ludźmi. Dajesz się temu porwać i zapominasz, że jest to też miasto, w którym mieszka kilka milionów osób na co dzień żyjących w skrajnym ubóstwie. Dla nich bogaci turyści z całego świata to jedyna możliwość zarobku. Niestety, spora część tych osób uznała, że najskuteczniejszą metodą na zysk jest po prostu kradzież. Tutaj zaznaczyć trzeba jedno – w kradzieży doszli do perfekcji.

Plac-Dorrego

Metoda na “Teorię Chaosu”

Plac Dorrego, na rogu ulic Defenso Y Humberto, był, jak co niedzielę, zatłoczony do granic możliwości. Chyba wszyscy turyści z Buenos Aires zjeżdżają się tutaj co tydzień, by wziąć udział w markecie rękodzieła zwanym Feria de San Telmo. Można tu kupić dosłownie wszystko  od pamiątek po torebki, stare rejestracje samochodowe, łańcuszki z amuletami, łapacze snów, okulary przeciwsłoneczne czy nawet zastawy stołowe ze stołami włącznie. Cienia jest tam jak na lekarstwo, więc w szczycie lata (przełom grudnia i stycznia) turyści muszą przygotować się na ponad czterdziestostopniowy upał z taką temperaturą odczuwalną, jakiej nasze wewnętrzne, europejskie termometry nawet nie znały. Godzina spędzona w takim żarze to gwarantowane wycieńczenie. Tak też było w moim przypadku.

Po półtorej godzinnym spacerze, o drugiej w południe, miałam już czarne mroczki przed oczami, a plecak i naramienna torba z aparatem zdawały się ważyć tonę. Musiałam usiąść, schować się gdzieś przed tą sauną. Na placu można znaleźć kilka knajpek, między innymi kawiarnianą sieciówkę Starbuck’s. Klima, wygodny fotel i mrożona kawa to w tej chwili było spełnienie marzeń. Po wejściu do lokalu w końcu zrzuciłam z pleców ciężar. Zarówno plecak, jak i torbę z lustrzanką, położyłam między nogami, stanęłam w drzwiach, rozglądając się za dwiema koleżankami. Mój towarzysz odszedł na chwilę dalej, by policzyć ile zostało mu pesos w portfelu. Spojrzałam w jego stronę tylko na chwilę, powiedziałam może dwa zdania. Kiedy się odwróciłam – torby już nie było. Ktoś wyjął mi ją spod nóg – w biały dzień, w monitorowanym pomieszczeniu pełnym ludzi, w taki sposób, że nie poczułam nawet muśnięcia.

Kiedy wpadłam w czarną rozpacz (moja ukochana lustrzanka i kilka porządnych kart pamięci) wokół mnie nagle było kilkanaście osób – ktoś dał mi wodę, ktoś powiedział, żebym usiadła, jakiś chłopak powiedział, że jest Amerykaninem i może być tłumaczem, jeśli nie będę w stanie się dogadać. Starsza pani chwyciła mnie za rękę i piękną angielszczyzną poprosiła, żebym przez ten incydent nie patrzyła źle na mieszkańców Buenos Aires. „Oni specjalnie przyjeżdżają tutaj z daleka, nawet spoza Argentyny, żeby kraść”. Z kolei inni powtarzali: „znowu!”. Co niedzielę, na targu rękodzieła San Telmo, kilka osób w tej właśnie kawiarni, w magiczny sposób, traci cenne przedmioty i pieniądze. Pomimo monitoringu sprawców nigdy nie udaje się nigdy znaleźć. Polecono mi, żebym koniecznie zgłosiła to na policję, bo przecież muszą w końcu coś z tym zrobić. Wiedziałam, że nigdy więcej nie zobaczę swojego aparatu, ale poszłam podbić niechlubne statystyki Buenos. Dobrze się stało, bo ten tekst pewnie nigdy by nie powstał.

Na najbliższym komisariacie czekała na nas sporych rozmiarów kolejka. Okazało się, że niedzielny rabunek w okolicach marketu jest niezwykle popularnym procederem. Kiedy po dłuższym czasie weszliśmy w końcu do środka okazało się, że niektóre z usłyszanych tam historii nie są tylko wyciągniętymi portfelami z kieszeni czy porywanymi spod nóg lustrzankami. Najważniejszą rzeczą, której dowiedziałam się od policjantki przyjmującej zgłoszenie, był fakt, że ja i mój aparat od dawna byliśmy obserwowani, prawdopodobnie od pierwszej chwili, kiedy wysiadłam ze znajomymi z taksówki przy Humberto Primo. Złodziej, kiedy wypatrzy swoją ofiarę, może chodzić za nią nawet i godzinę, by znaleźć odpowiedni moment. Wie, że masz pieniądze, bo kupujesz pamiątki. Widzi twój aparat, zegarek, złote kolczyki, telefon komórkowy. Poczeka, kiedy zmęczony upałem i wędrówką usiądziesz przy kawie w cieniu, zamkniesz oczy i w swoich okularach przeciwsłonecznych skierujesz twarz w stronę słońca, by odpocząć, wsłuchując się w muzykę miasta. Wtedy, niepostrzeżenie, zabierze ci wszystko, co masz cennego, a ty zorientujesz się dopiero wówczas, kiedy przyjdzie zapłacić rachunek. A wtedy będzie już dawno za późno. Dlatego zawsze trzeba się rozglądać i przyglądać ludziom i nie ma żadnej przesady w tym, że wszystko zawsze trzeba trzymać w ręku lub mieć na widoku – nie odwieszaj torebki na krzesło kiedy siedzisz w restauracji. Nie stawiaj swojego plecaka na ziemi kiedy na przystanku czekasz na autobus. Nie zostawiaj swoich rzeczy nawet na chwilę, kiedy na dworcu idziesz upewnić się, o której jest autobus czy prom. Jednak, jak się okazało, to nie zawsze pomaga.

Piękna podróż zmienia się w koszmar

Na komisariacie pojawiła się para Kanadyjczyków. Dziewczyna mówiła dość dobrze po hiszpańsku, natomiast chłopak nie rozumiał ani słowa, co w połączeniu z jego stresem spowodowało niezłą awanturę. Para przyleciała do Buenos Aires na wakacje i byli w mieście jedynie pół godziny. Właśnie jechali, prosto z lotniska, do hotelu i szli dość ruchliwą ulicą, kiedy  wokół nich zrobiło się zamieszanie – jakiejś kobiecie wybuchł spray, który opryskał Kanadyjce włosy. Nie wiem dokładnie jakiego rodzaju to był spray, bo dziewczyna była bardzo zdenerwowana. Sprawczyni natychmiast podbiegła do niej z przeprosinami  i zaczęła ścierać to coś z jej włosów. Przyłączył się mąż turystki, który z jednej strony pomagał, a z drugiej bluzgał na swoją żonę i nią szarpał. Awanturą zainteresował się jakiś przechodzień, zrobił się tłum, zamieszanie, krzyki, jazgot – i para usłyszała pisk opon, tłum się rozstąpił, każdy poszedł w swoją stronę. A oni zostali bez bagażu zapakowanego na cały miesiąc. Kiedy skończyli opowiadać tę historię, z drugiego końca komisariatu wychyliła się grupka ludzi – zostali okradzeni w ten sam sposób, ale przez innych ludzi, w innej części Buenos.

Przyszła kolej na składanie zeznań. Kiedy para opowiedziała już całą historię, policjantka spisała protokół i krzyknęła: następny! Wtedy chłopak się oburzył. Niejako wymusił na policjantce dalsze działania i pewnego rodzaju śledztwo. Była niedziela, chwilę po piętnastej. Dostali zaproszenie na komisariat w innej części miasta na przeglądanie zdjęć potencjalnych sprawców, ale dopiero w poniedziałek. Zdjęć były tysiące, więc kazała im przygotować na to cały dzień, jednak od razu zapowiadając małe szanse na odzyskanie rzeczy. Sytuacja była dość komiczna, bo dziewczyna rozmawiała z policjantką po hiszpańsku, po czym tłumaczyła wszystko na angielski swojemu chłopakowi. On krzyczał wniebogłosy i trząsł się ze złości – ona ze stoickim spokojem przekazywała to, co chłopak ma do powiedzenia. „Naprawdę chcesz iść przeglądać te zdjęcia?”  zapytała go dziewczyna. On uderzył ręką w stół i wykrzyczał do niej: „nie przejmujesz się tym, bo to nie twoją torbę zabrali!”. „Przyjechaliśmy tu na wakacje, twoje rzeczy zniknęły i już więcej ich nie zobaczysz. Chcesz tracić cały dzień na bezsensowne przeglądanie twarzy, których pewnie i tak nie rozpoznasz?”. Ostatecznie wzięli tylko dokument, zastanawiając się, ile muszą przeznaczyć pieniędzy na kupienie nowych ubrań i kosmetyków. Pod koniec nawet się cieszyli, że pieniądze, dokumenty i lustrzankę cyfrową mieli w plecaku, którego złodzieje nie tknęli.

Kolejną parą była dwójka Amerykanów po czterdziestce. W ich przypadku dokonano podobnej sztuczki magicznej, jak z moim aparatem. Ale oni byli naprawdę przezorni i przygotowani na odpieranie złodziejskich ataków. On plecak z suwakiem na skos miał na piersi, osobno portfel w bocznej kieszeni spodni tak, by cały czas go „czuć”. Ona miała schowane pieniądze w małej kieszonce spodni. Dokumenty zostawili w hotelu. Chcieli kupić sobie bilety na wycieczkę turystycznym „double-deckerem” (który, notabene, jest niezwykle polecany na pierwszy dzień w Buenos, można poczuć klimat miasta, przejeżdżając je całe w jeden dzień). Na przystanku, na którym autobus zabiera turystów, trójka Argentyńczyków starała się przekonać parę, że o wiele lepiej jest wziąć ich wycieczkę z przewodnikiem. Zapraszali ich do biura, dwie przecznice dalej. Amerykanie nie chcieli się na to zgodzić. On opowiadał, że czuł niewytłumaczalny niepokój. Spojrzał w dół na swoją kieszeń z portfelem – była otwarta, ale portfel wciąż był w środku. Zamknął kieszeń. Kilka głośnych zdań Argentyńczyków później zobaczył, że ktoś mu tę kieszeń znów otworzył – nie wiedział kto, kiedy i jak, ponieważ nic nie poczuł. Portfel dalej był na swoim miejscu, więc zdecydował się zabrać stamtąd żonę. Kiedy jechali już piętrowym autobusem zorientował się, że z jego plecaka, który miał na piersi, zniknął aparat cyfrowy. Na komisariacie mówił, że to musiała być jakaś magia.

Dla złodziei w Buenos nie ma znaczenia, czy jesteś młody, stary, niepełnosprawny, bogaty czy biedny. Na komisariacie czekał na swoją kolej około siedemdziesięcioletni Holender, któremu wyrwali cały plecak. Miał tam dokumenty (paszport), pieniądze, a nawet… bilety lotnicze. Mówił, że miał wracać do domu za kilka dni, ale teraz nie wie jak będzie – nie ma pieniędzy na nowe bilety, a właściwie nie ma pieniędzy na nic. Do tego wyrobienie dokumentów ma długo potrwać – gdzie się teraz zatrzyma? Na policję zgłosiła się też grupa Brazylijczyków. Trudno było mi ocenić, ale wydawało mi się, że poszkodowana kobieta była w ciąży. Nie mówiła w ogóle po hiszpańsku, cały czas tylko głośno płakała. Wiedziałam, że chodzi o torebkę, bo pokazywała jak ktoś jej próbuje ją wyrwać, a potem wskazywała swój brzuch – musiała w niego nieźle oberwać. Pozostałe historie były zwyczajne – ktoś położył plecak na ławce obok siebie i coś z niego wyciągnięto, komuś wyciągnęli telefon komórkowy z kieszeni, komuś wyrwali portfel, kiedy płacił za pamiątki.

Poza szlakiem

Może to źle zabrzmi, ale po odwiedzeniu komisariatu poczułam się dużo lepiej. Miałam nieco szczęścia, bo to była „tylko” lustrzanka, a nie mój paszport czy moja VISA. Nic nie stało się ani mnie, ani moim przyjaciołom. Do naszego promu do Colonia Del Sacramento w Urugwaju zostało nam kilka godzin, więc na pocieszenie poszliśmy pozwiedzać kolorową dzielnicę La Boca. Moja lustrzanka dwa tygodnie czekała na to, by w tym miejscu zrobić kilka fotografii życia. Było mi przykro i cały czas cichutko sobie chlipałam. Zdecydowaliśmy pójść piechotą z La Boca do portu Dock Sud (El Docke), bo to miało być zaledwie kilka przecznic.

Po chwili spaceru z oddali zobaczyliśmy już Rio de La Plata, jednak otoczenie robiło się coraz bardziej niepokojące. Było znacznie brudniej, niektóre okna w budynkach miały powybijane szyby, a dzieci okupowały krawężniki. Naprawdę dziwnie zrobiło się, kiedy bezzębny chłopiec, sięgający mi ledwie do pasa, z dziwnym uśmieszkiem powiedział „hola!”. Przyspieszyliśmy. Z bocznej uliczki weszliśmy na szeroką ulicę, wiodącą wzdłuż kanału, daleko na jego krańcu widzieliśmy nasz port. Skręciliśmy w lewo, chcieliśmy iść wzdłuż wody. Po prawej stronie minęliśmy grupę policjantów, do tej pory zastanawiam się, dlaczego nas to nie zaniepokoiło.

Chwilę później na naszych nogach rozbiła się torebka wypełniona wodą i kawałkami szkła. W oddali stał radiowóz, ale żaden z policjantów nie zareagował. Ruszyliśmy przed siebie jeszcze szybciej, wtedy dokładnie na mojej stopie pękła kolejna torebka – gdzieś w oddali usłyszałam rubaszne śmiechy młodych mężczyzn. Kiedy mijaliśmy radiowóz, policjanci udawali, że nas nie widzą. Z kolei przecznicę dalej dzieci rozgrywały mecz na środku ulicy, zastawiając ją kontenerami na śmieci, z których zrobili sobie bramki. Otaczała ich grupka podpitych facetów, którzy im kibicowali z piwami w ręku. Spokojnym krokiem, z bocznej, uliczki podszedł do nas kolejny stróż prawa i kazał nam zawrócić. Staraliśmy się wytłumaczyć mu, że nie ma takiej opcji, że tam rzucali w nas torebkami z wodą i się boimy tamtędy iść jeszcze raz. „Torebki?”  odparł. Dalej nie radzi nam iść, bo będzie tylko gorzej. Nie mieliśmy wyboru, musieliśmy iść z powrotem. Zatrzymaliśmy się jednak przy radiowozie i staraliśmy się przekonać policjantów, żeby nas podwieźli tylko do końca ulicy – radiowóz nie mógł opuścić posterunku. Kierowca zdecydował się jednak nas odprowadzić.

Już miał wysiąść z samochodu, kiedy w oddali pojawiła się taksówka. Wyskoczyliśmy na środek ulicy, machając w desperacji rękami jak topielce. Na szybie taksówki rozbiła się torebka z wodą. Na szczęście kierowca zatrzymał się. Zanim otworzył drzwi (miał je zamknięte na klucz), dokładnie nam się przyjrzał. W takich miejscach nikomu nie można ufać. Wsiedliśmy. Ruszył w tę „zakazaną” stronę, a ja, wyglądając za okno, dziękowałam Opatrzności, że nad nami czuwała. Port wcale nie był blisko. Musielibyśmy iść około piętnastu minut przez naprawdę niemiłą okolicę, między walącymi się budynkami, gdzie ludzie budowali sobie szałasy na dachach, po ulicy biegały zapchlone i wygłodzone psy, a ludzie bezczynnie siedzieli pod ścianami i tylko czekali, aż w ich życiu zdarzy się coś ciekawego. A kawałek dalej była tętniąca życiem La Boca, nie mogłam uwierzyć, że tak daliśmy się załatwić. Już po powrocie do domu chciałam sprawdzić w Google Maps tę trasę. Jednak moim oczom ukazała się półtoragodzinną droga naokoło, całkowicie omijającą ten wielki wycinek na mapie.

Warto więc – niestety – wędrować ścieżkami zapisanymi w przewodnikach, jeśli nie zna się dobrze miasta. Warto też, od czasu do czasu, wziąć taksówkę, żeby ominąć niebezpieczne okolice. Taksówki w Buenos są naprawdę bardzo tanie. Trzeba mieć swoje rzeczy ciągle na oku i mieć się na baczności, kiedy w około robi się jakieś zamieszanie  może ktoś właśnie w tej chwili wykorzystuję “teorię chaosu”, byś stracił czujność. Kiedy ktoś do ciebie podchodzi i wciska Ci pamiątki, czy wymianę waluty (“cambio, cambio” słychać praktycznie cały czas) – zrób krok w tył i zachowaj bezpieczny dystans. Trzeba mieć w głowie to, że tutaj dbanie o swoje bezpieczeństwo nigdy nie jest przesadą. Ten przykry epizod nie zmieni jednak tego, że Buenos Aires to jedno z najpiękniejszych miast, jakie udało mi się w życiu odwiedzić i na pewno tam wrócę. Bogatsza w te wszystkie doświadczenia już nie dam się zaczarować.

Hasta la vista, Buenos Aires! Do zobaczenia!

Aldona
blog: www.pofikasz.com
kanał na YouTube: https://www.youtube.com/pofikaszoszwecjipopolsku

Aldona Hartwińska

Jestem autorką bloga Pofikasz – o Szwecji po polsku. Piszę odkąd pamiętam, a moją pierwszą „publikacją” była książka kucharska. Miałam wtedy sześć lat. Przez pięć lat pracowałam jako redaktorka w TVN24. Jestem Szwecjofilem, montażystką filmową, absolwentką stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim. Fascynują mnie dwie skrajne kultury – skandynawska i latynoamerykańska.