Zuzanna Olszewska – mini wywiady z Językowymi Siłaczami #28

Przed Wami, bez zbędnego wstępu – Zuzanna Olszewska!

Wywiady z Językowymi Siłaczami swoją premierę mają co piątek w grupie Językowa Siłka na Facebooku. Wywiad z Zuzanną ukazał się oryginalnie w tym miejscu i tam też miała miejsce dyskusja członków naszej społeczności dotycząca tej rozmowy.

Opowiedz nam swoją językową historię jakich języków się uczysz i dlaczego?

W mojej głowie szaleje Azja i miłość do różnych dziwnych systemów pisma, im bardziej egzotycznie i trudno, tym lepiej i ciekawiej, ale po kolei!

Początek mojej pasji – czy raczej jej nieśmiały zalążek – przypada na gimnazjum. W moim życiu nastał epokowy moment: pierwsze zetknięcie z tak zwanymi Chińskimi Bajkami. A tak na serio, to koleżanka pokazała mi kilka anime. Kto miał jakąkolwiek styczność z japońską animacją czy komiksem, ten wie, że zwłaszcza dla laika to początkowo prawdziwy szok. Po raz pierwszy usłyszałam, jak brzmi japoński, zobaczyłam, jak wygląda system pisma i zaczęłam zapoznawać się z przemycanymi w animowanych serialach treściami kulturowymi. To wszystko stopniowo rozbudzało moje zaciekawienie Japonią.

Chodziłam wtedy na dodatkowy niemiecki, który miałam też w szkole, ale podchodziłam do niego jak pies do jeża i byłam wyjątkowo niechętna do nauki (przepraszam! Już mi przeszło, nie wiem, czemu tak było). Zaczęłam przekonywać rodziców, żeby pozwolili mi odpuścić sobie ten język i zapisać się na japoński. Nie byli przekonani do mojego pomysłu, obawiali się słomianego zapału; niemiecki dobrze znać, poza tym musiałam uczyć się go w szkole, no i statystycznie ile osób zna japoński na wysokim poziomie, a ile niemiecki? W takiej Polsce? Ale ja się upierałam. Dwóch podstawowych systemów pisma nauczyłam się sama i to chyba ich przekonało. Zapisali mnie do szkoły językowej, na niemiecki chodziłam dalej, ale niedługo się z niego wypisałam. Uczęszczałam na kurs japońskiego i uczyłam się go z prawdziwą przyjemnością, ale była to nauka raczej powolna i mało zobowiązująca, w grupie osób, które też traktowały to niezbyt serio. Nawet zdałam wtedy N5, czyli egzamin certyfikacyjny dla początkujących, ale później poszłam do liceum i ciężko zachorowałam. Zrezygnowałam wtedy z bardzo wielu aktywności i kompletnie zarzuciłam japoński, odpuściłam sobie zajęcia i naukę tego języka w ogóle, mimo że dalej go lubiłam i zainteresowanie kulturą pozostało. W wolnym czasie wciąż oglądałam anime, potem liznęłam trochę j-dram i jakoś tak się złożyło, że dzięki nim natrafiłam na koreańskie seriale.

Pierwszy kontakt z językiem koreańskim był paradoksalnie jeszcze bardziej szokujący niż z japońskim. Nie miałam zielonego pojęcia o Korei, o tamtejszych obyczajach czy języku. Pewnie dlatego tak mnie zdziwiło, że tak bardzo różni się to od wszystkiego, co już znałam. Bardzo naiwne założenie – że jak Japonia jest blisko, to przecież sąsiednie kraje powinny ją przypominać, a okazało się, że oglądam ludzi o zupełnie innym temperamencie i mówiących z zupełnie inną melodią.

Pierwszą k-dramę obejrzałam z ciekawością, ale ciągłym „ocochodzi” wypisanym na twarzy. Drugi serial był już historyczny, kostiumowy. Naoglądałam się w nim tradycyjnych domów, strojów, osłuchałam z instrumentami. I momentalnie przepadłam. Bo zrozumiałam, że o ile w Japonii wiele rzeczy mnie intryguje i mi się podoba, to równie wiele budzi mój sprzeciw i niezrozumienie – za to Korea kupiła mnie całkowicie i w mgnieniu oka zawładnęła moim sercem, a język, początkowo brzmiący dla mnie zupełnie abstrakcyjnie, uznałam za jeden z najpiękniejszych na świecie.

Pod koniec liceum stanęłam przed koniecznością wyboru studiów. Szczerze – byłam w kiepskiej formie i nie bardzo widziałam siebie w czymkolwiek, więc podejmując decyzję, poszłam za myślą, że rzecz, która wychodzi mi najlepiej i którą zajmowałabym się bez niechęci, to języki obce. A skoro tak, to może japonistyka? Z drugiej strony nęcił mnie ten koreański, i to znacznie bardziej, ale trochę się bałam, bo nigdy się go nie uczyłam i może okazałoby się, że w praktyce już tak mi się nie podoba. Poza tym na japonistykę było wtedy sporo trudniej się dostać i bałam się zaprzepaścić tę szansę. Koniec końców złożyłam dokumenty na oba kierunki i wybrałam japonistykę, a koreańskiego zaczęłam uczyć się od zera na lektoracie.

Okazało się – choć do samych studiów mam masę zastrzeżeń – że wybór był dla mnie strzałem w dziesiątkę. Obudziłam w sobie ponownie chęć nauki i zapał do japońskiego, tym razem na poważnie. Po pierwszym roku zdałam N3 i pojechałam na miesiąc do Japonii, gdzie pierwszy raz przełamałam się, jeśli chodzi o mówienie, a po drugim roku zdałam N2. W międzyczasie skończyłam jeden lektorat z koreańskiego, który niesamowicie mi się spodobał, w wakacje zrobiłam intensywny lektorat letni, a na drugim roku kolejny. Później zdałam uniwersytecki egzamin certyfikacyjny na poziomie B1 z koreańskiego.

Im bardziej w tym wszystkim siedziałam, tym więcej miałam w sobie miłości i pasji dla całej Azji, więc nie wytrzymałam długo i na trzecim roku japonistyki poszłam na pierwszy koreanistyki, a jednocześnie zapisałam się na lektorat z mandaryńskiego. Przy czym paradoksalnie to właśnie wtedy moja znajomość koreańskiego przestała się rozwijać, bo nie miałam czasu poświęcić mu się we własnym zakresie, a przestałam chodzić na kursy. Na koreanistyce był uczony od zera, a ja już byłam na znacznie wyższym poziomie.

Po trzecim roku japonistyki wyjechałam na roczne stypendium do Tokio. Zapisałam się tam na koreański wraz z Japończykami. To był bardzo podstawowy poziom, ale mimo wszystko doświadczenie uczenia się po japońsku na zajęciach ukierunkowanych na Japończyków było dla mnie nie lada wyzwaniem i okazało się bardzo rozwijające w wielu aspektach, na przykład usprawniło mnie w tłumaczeniu pomiędzy tymi dwoma językami. Podczas pobytu w Japonii głównie skupiałam się na japońskim, bo chciałam zdać ostatni poziom egzaminu certyfikacyjnego, ale postanowiłam zapisać się tam też na egzamin z koreańskiego. I tak pod koniec wyjazdu zdałam N1 oraz koreański – TOPIK poziom 2 i 4 (podeszłam do podstawowego i zaawansowanego w tym samym dniu). Parę miesięcy później, już w Polsce, podeszłam do TOPIKa raz jeszcze i znów udało mi się zdać na poziom 4, choć z nieznacznie lepszym rezultatem.

Niestety okazało się, że jako że rekrutacja na koreanistykę dzienną odbywa się raz na dwa lata, to po powrocie do Polski nie było dla mnie grupy, do której mogłabym dołączyć na drugi rok. Nie chciałam też iść na studia magisterskie z japonistyki. W związku z tym postanowiłam… zapisać się na sinologię. Chiński mi się bardzo podobał i uznałam, że mogę go sobie odświeżyć. I tak przez kilka miesięcy łączyłam pracę z sinologią, ale później natłok obowiązków mnie przytłoczył i rzuciłam studia.

W kolejnym roku poszłam na magisterkę z koreanistyki, przeskakując licencjat i zdając egzamin językowy jako kandydatka z zewnątrz. W tej chwili jestem na finiszu, kończę drugi rok magisterski. Na pierwszym roku zdałam TOPIK 5, a na drugim – TOPIK 6. W międzyczasie jeszcze zdałam IELTS z angielskiego na 7.5.

Można więc powiedzieć, że jeśli chodzi o japoński i koreański, to mam „last achievement unlocked”, ale wbrew moim oczekiwaniom sprzed lat to tak naprawdę dopiero początek drogi, a przede mną mnóstwo pracy, aby osiągnąć poziom, który naprawdę mnie zadowoli.

Na chwilę obecną moje plany językowe to gruntowna powtórka japońskiego, bo muszę przyznać, że bardzo dużo pozapominałam, oraz szlifowanie go, oprócz tego oczywiście chcę iść do przodu z koreańskim. Chciałabym wrócić do chińskiego i też dojść do jak najwyższego poziomu. Jak pewnie da się zauważyć, lubię odblokowywać kolejne „oczka” egzaminacyjne, więc pewnie skuszę się na pójście podobną drogą i zdanie kolejno HSK. Może w końcu na poważnie zajmę się angielskim, który zawsze był w tle i stanowił dla mnie tylko narzędzie, a naprawdę lubię ten język, bo jest piękny i zróżnicowany.

Jestem absolutnie chora na znaki chińskie i wszystkie szlaczkowate systemy pisma. Bardzo mnie to fascynuje i uwielbiam, gdy języki, których się uczę, są jak najbardziej różne od tych, które otaczają mnie na co dzień i którymi posługuje się dużo osób. Dlatego choć ogólnie kocham języki i najchętniej uczyłabym się wszystkich naraz, to nie ciągnie mnie aż tak np. do hiszpańskiego, z którym miałam przez rok styczność w liceum i który dawał mi sporo frajdy, czy do włoskiego, niemieckiego.

Po pierwsze, jeśli chodzi o języki, to im trudniej, tym bardziej mnie kręcą, poza tym uwielbiam całą Azję i moja pasja tylko rośnie, rozprzestrzeniając się na coraz więcej regionów – dlatego marzy mi się nauczyć też kantońskiego, wietnamskiego, tajskiego, indonezyjskiego, mongolskiego… no, najlepiej wszystkiego! Znajomi twierdzą, że mając doświadczenia na trzech orientalistykach jestem wzorowym przykładem syndromu sztokholmskiego, i chyba coś w tym jest.

A tak z zupełnie innej, nieoczekiwanej strony, to ciągnie mnie też do języków słowiańskich. Kocham język polski i samodzielnie troszkę liznęłam czeskiego. Kiedyś chciałabym poznać kilka języków słowiańskich, mają przepiękną melodię i są niesamowicie bogate.

Jakie są Twoje ulubione metody nauki języków? Jak w tym momencie wygląda Twoja nauka?

Ze wstydem przyznam, że ostatnio nie wygląda. To znaczy, żeby nie skłamać – piszę pracę magisterską o tłumaczeniu nazw potworów z „Wiedźmina” na język koreański. Siłą rzeczy podczytując koreańskie przekłady trochę ćwiczę język, ale to zdecydowanie niewystarczające. Jako osoba absolutnie uzależniona od k-dram często oglądam koreańskie filmy i seriale, więc dzięki temu mam na bieżąco styczność z językiem. Czekam, aż skończę pisać pracę i będę mogła na nowo rozpisać plan nauki, na razie zapewne koreańskiego i japońskiego, a jeśli się okaże, że czas mi na to pozwala, to może dołączę do tego chiński.

Lubię uczyć się właśnie poprzez oglądanie, zwłaszcza z napisami w oryginalnej wersji językowej lub z podwójnymi (na przykład na www.viki.com). Ostatnio też czytuję webtoony i to też efektywna metoda na połączenie przyjemnego z pożytecznym, bo język nie jest trudny, obrazki podpowiadają kontekst, a można czerpać radość ze śledzenia historii. Ale nie stronię też od nauki w bardziej klasycznym ujęciu – tworzę własne kursy na Memrise i zawsze sprawia mi satysfakcję, gdy przerobię kolejny poziom. Korzystam też z wielu książek przygotowujących do różnych działów TOPIKa i JLPT – jest masa fantastycznych podręczników do gramatyki, słownictwa, pisania. Na pewno w najbliższym czasie chcę do tego wrócić. W moim przypadku sumienne przerabianie podręczników podzielonych na działy, najlepiej z powtórzeniowymi testami co parę lekcji, się sprawdza, bo lubię odblokowywać kolejne szczeble i mieć czarno na białym, że posuwam się do przodu. Pomocne i motywujące jest stosowanie aplikacji mierzących czas nauki i porównujących z innymi użytkownikami. O tych wszystkich metodach i aplikacjach wspominałam w swoich artykułach o nauce koreańskiego, ale spokojnie można to przełożyć na inny język.

Oglądam anime, czytam mangi, korzystam z ebooków zamówionych w koreańskich księgarniach. Teraz ze względu na pandemię nie ma takiej możliwości, ale lubię też podejmować się pracy z ludźmi, dzięki czemu ćwiczę również konwersacje – na przykład podczas opiekowania się drużynami z Azji na turniejach e-sportu lub przy okazji tłumaczenia spotkań z reżyserami czy muzykami w trakcie festiwali kulturowych. To też okazja do zapoznania się z bardzo ciekawymi osobami ze świata artystycznego.

Nie należę do zwolenników skrupulatnych notatek, jestem bardzo chaotyczna i szczerze mówiąc zwykle nie czytam drugi raz tego, co zapisałam; za to lubię sam proces zapisywania (na czymkolwiek, potem mogę to wyrzucić), bo pomaga mi w utrwaleniu i przyswajaniu nowych informacji. Lubię też mówić do siebie. Na pewno ważne jest, żeby nauka nie była nużąca, kluczem do sukcesu jest dla mnie utrzymanie uwagi, a w tym celu sama treść musi być interesująca.

A jakie są w tym momencie Twoje największe językowe zagwozdki? Z czym masz problemy, jak starasz się sobie z nimi radzić oraz w czym inni Siłacze mogliby Ci pomóc?

Tymczasowo po prostu brak czasu, ale to minie. Poza tym mało okazji do mówienia – jakoś trudno znaleźć mi znajomych przez Internet, z którymi rozmowa by się kleiła, a mimo że nie boję się samej rozmowy w języku, to mam w sobie pewien opór przed rozmową z nieznanymi osobami, gdy nie widzę ich na żywo. Sama nie wiem, jak to przełamać i gdzie najlepiej znaleźć partnerów do wymiany językowej.

No i jeszcze problem z tym, że najchętniej uczyłabym się wszystkiego, a to czasem kończy się tak, że nie zabieram się za nic, bo tak ciąży mi ta konieczność podjęcia decyzji. W moim przypadku chyba najlepiej jest porządnie skupić się na mniejszej liczbie aktywności niż się rozdrabniać, a z drugiej strony lubię angażować się w zdecydowanie zbyt wiele rzeczy i często mnie to przygniata, bo nie umiem dobrze wypoczywać, a przecież równowaga psychiczna jest kluczowa.

Powiedz coś więcej o sobie czym się zajmujesz w życiu? Co jest dla Ciebie ważne? Jakie masz pasje, co Cię inspiruje?

Na to pytanie po części odpowiedziałam na początku, ale pozwolę sobie rozwinąć.

Mam bardzo analityczny umysł i uwielbiam naukę; pomaga mi się wyciszyć, uspokoić i uporządkować swój świat wewnętrzny oraz emocje. Zwłaszcza jeśli chodzi o języki, choć nie tylko. Za każdym razem, gdy poznaję nowe słowo, czuję się, jakbym upiększała i wzbogacała domową biblioteczkę o nową książkę. Mam wrażenie, że dla mnie nauka jest trochę jak ulubione ubranie lub specjalny makijaż. Lubię przepadać na kilka godzin pochłonięta jednym zagadnieniem. I właśnie nauka, pielęgnowanie własnego rozwoju, podlewanie tej wewnętrznej roślinki to dla mnie jedna z absolutnie priorytetowych spraw w życiu.

Oprócz tego mam masę zainteresowań artystycznych. Kiedyś rozważałam pójście na kierunek związany z grafiką, ba, nawet kupiłam teczkę i zaczęłam przygotowywać obrazy. Mam w domu mnóstwo przyborów do rysowania i malowania, zresztą mam ku temu pewne predyspozycje, ale zwłaszcza w ostatnich latach mało je rozwijam. Ostatnio najczęściej rysuję portrety znajomych lub ich ulubionych artystów (kredkami, ołówkami). Trochę prac można zobaczyć tutaj: https://www.facebook.com/raixlilicious/

Interesuję się też śpiewem i z tym też kiedyś wiązałam przyszłość. Wiele lat śpiewałam w zespole i solowo, występowałam w różnych konkursach, a przed koronawirusową aferą chodziłam na warsztaty wokalne. Chciałam kontynuować naukę, ale niestety póki co ze względu na zaistniałą sytuację nie jest to możliwe. Niemniej jednak na pewno do tego wrócę! Marzy mi się w przyszłości otworzyć kanał na Youtube z coverami azjatyckich piosenek, może kiedyś to zrealizuję, chociaż to tylko taka fanaberia.

Tu nagranie z koncertu finałowego z warsztatów, gdyby ktoś był ciekaw. Śpiewam po japońsku: https://www.youtube.com/watch?v=Vr7zDa1fxfk

Oprócz tego interesuję się pisaniem i udzielam na forach oraz społecznościach literackich. Kiedyś chciałabym wydać książkę fantasy, mam dużo pomysłów i zalążków tekstów, ale póki co brak mi samozaparcia, żeby konsekwentnie ciągnąć długą historię.

Na co dzień uczę w szkole językowej (głównie japońskiego, ale koreańskiego też) oraz już kilka razy miałam przyjemność tłumaczyć z koreańskiego na wydarzeniach kulturalnych (Festiwal Pięciu Smaków, Radio Azja). Z ostatnich ciekawych historii – brałam udział w warsztatach z szamanizmu koreańskiego. To na razie takie pierwsze koty za płoty, ale już coś!

W Korei byłam jak do tej pory dwa razy – raz na tygodniowej wycieczce, drugi raz w ostatnie wakacje na warsztatach na Seoul National University. Chciałam dostać się na SNU na doktorat, niestety przynajmniej w tym roku mi się nie powiodło, więc jestem w trakcie planowania, co dalej i w jaki sposób mogłabym kontynuować naukę w Korei. Zamierzałam w ogóle przeprowadzić się tam na stałe lub przynajmniej na kilka lat już w tym roku, ale wybuchła pandemia i trudno przewidzieć mi kolejne dni, nie mówiąc o miesiącach. Dlatego chwilowo sprawa tkwi w zawieszeniu – ale z myślą i nadzieją, że jak najszybciej wyjadę.

Za moją miłością do języków kryje się jeszcze chęć poznawania inności i podejmowania wyzwań. Najlepiej czuję się na obcym gruncie, a nudzi i frustruje mnie przebywanie cały czas w dobrze znanych miejscach. Nic nie jest dla mnie lepszą nagrodą niż możliwość porozmawiania z osobą wychowaną w innej kulturze w jej własnym, ojczystym języku. Uważam, że nauka języków to coś więcej niż poznawanie obcych słów; ona wpływa na nasze postrzeganie świata i innych narodowości, poszerza myślenie i otwiera wrota do zrozumienia perspektywy drugiego człowieka oraz jego percepcji rzeczywistości. To wspaniały dar i bardzo się cieszę, że dzięki temu, co już umiem, poznałam tylu znajomych w Japonii i Korei. Wiem, że na wiele z tych osób mogłabym liczyć w różnych sytuacjach i że zawsze serdecznie ugoszczą mnie w swoich krajach, a to bardzo budujące.

Czy chcesz przekazać Językowym Siłaczom coś jeszcze od siebie?

Już chyba wyczerpałam limit znaków, bo strasznie polałam wodę TL;DR, haha. Głęboko podziwiam i szanuję wszystkie osoby aktywnie rozwijające swoje pasje i nie inaczej jest z językami, które wymagają sumienności, otwartości umysłu i ciekawości świata. Dlatego bardzo się cieszę, że powstają takie społeczności jak Językowa Siłka i że w dobie Internetu nawet w obliczu dość ponurych wydarzeń na świecie możemy mieć kontakt z tak fantastycznymi, inspirującymi ludźmi jak Patryk, którego energia jest zaraźliwa, oraz mnóstwem innych niesamowitych osób obecnych na naszej grupie. Życzę wam wszystkim powodzenia w nauce i wszystkiego dobrego!

Redakcja

Wierzymy, że nauka języków może być przyjemnością. Że otwartość na ludzi i kultury jest siłą napędową nowoczesnego świata. Inspirujemy Polaków do nauki języków. Z nami żaden język nie jest obcy!