fbpx

800. Tylu języków używają mieszkańcy Nowego Jorku.

Piąta Aleja, północ. Wiatr szalejący między drapaczami chmur podrywa do góry suche powietrze, zmuszając do tańca pogniecione i porozrywane strony New York Times’a. Nocny chłód pozwala w końcu odetchnąć pełną piersią. Żółte taksówki, mimo późnej pory, pędzą gdzieś głównymi alejami. Z ulic przecinających Fifth Ave wylegają nocni, nieco zagubieni wędrowcy i nigdy niezasypiający sprzedawcy pamiątek. Kilka przecznic dalej idzie grupka dzieciaków. Ich śmiech odbija się od betonowych ścian i wraca echem. Wpadają do piwnicy jednego z szeregowych budynków, gdzie w opuszczonych korytarzach impreza trwa w najlepsze. To miasto naprawdę nigdy nie śpi.

Grubo po północy z imprezowej piwnicy wytacza się pięcioosobowa grupa licealistów. Wszyscy głośno krzyczą, a gdzieś na drugim piętrze zapala się światło. Przez okno wychyla się zaniepokojona sąsiadka i z wyraźnym zaciekawieniem obserwuje scenę poniżej. Dwóch rosłych chłopców trzyma pod ręce szczupłą, długowłosą blondynkę. Kompletnie pijaną. Widać doskonale, że nie bardzo wiedzą, co mają z nią zrobić: odprowadzić do domu, a może po prostu zostawić obok przystanku autobusowego?

Masz zapalniczkę? – spytał mnie jeden z chłopaków, którzy wyszli z piwnicy (nie mógł mieć więcej niż szesnaście lat). Zionął owocowym winem. Przez moment obserwowałam, jak znajomi dziewczyny próbują łapać taksówkę. Każda, która zatrzymywała się koło nastolatków, po chwili odjeżdżała z piskiem opon. Nikt nie chciał wziąć na tylne siedzenie bardzo marnie wyglądającej dziewczyny. Zdesperowani, na siłę próbowali wrzucić ją do zardzewiałego, jaskrawożółtego forda, prowadzonego przez hinduskiego taksówkarza. Chłopak, widząc moje zakłopotanie, zaciągnął się papierosem i powiedział tonem filozofa, że tempo życia w tym mieście przekłada się na wszystkie dziedziny ich życia. Młodzi szybko dorastają, szybko żyją i w szybkim tempie… piją alkohol. – Słaba zawodniczka – dodał.

W kalejdoskopie

O Nowym Jorku mówi się, że albo się go kocha, albo nienawidzi. Tempo życia może naprawdę przytłaczać i frustrować. Mimo to stał się on miastem, o którym marzą młodzi ludzie na całym świecie. NYC wciąga, uzależnia i narzuca nowy styl życia. To miejsce jest jak osobna enklawa, państwo w państwie. Anegdoty o Amerykanach, którzy nie grzeszą inteligencją, a ich ulubionym zajęciem jest popijanie słabego piwa w trakcie wyścigów Nascar, nie mają nic wspólnego z poznanym przeze mnie obrazem nowojorczyka. Tych, którzy jeszcze nie uciekli przed gigantycznymi wzrostami czynszu i cen, wciągnął nowojorski pęd; siłą rzeczy stali się więc „New Yorkersami”. Są tu elity, klasa robotnicza i margines społeczny, czyli de facto wszyscy wymieszani w jednym kulturowym tyglu. Na ulicach można usłyszeć wszystkie języki świata, a jest ich prawie 800.

Na dodatek wydawanych jest 240 obcojęzycznych czasopism w 40 różnych językach. Nowy Jork jest największym, poza Izraelem, skupiskiem społeczności żydowskiej na świecie. Tutaj też mieszka najwięcej Amerykanów pochodzenia hinduskiego w całej zachodniej hemisferze; to także jedyne miejsce, poza kontynentem azjatyckim, gdzie mieszka tak dużo Chińczyków (ponad 600 tysięcy). Jest tu ogromna mniejszość koreańska, portorykańska, włoska, irlandzka i rosyjska. Pięć procent mieszkańców Nowego Jorku to amerykańska ludność tubylcza, potocznie nazywana Indianami. Właśnie tutaj można spróbować każdego rodzaju kuchni i zobaczyć prawdziwe ludowe stroje z najdalszych zakątków naszego globu.

Na ulicy nikt nie odwróci się z niedowierzaniem za kimś, kto ma na sobie tradycyjne ponczo czy sari. To ważny element krajobrazu tego miasta. Prawdziwy „New Yorkers” nie da się zaszufladkować. Każdy stara się jak najbardziej eksponować swoją inność, przynależność do odrębnej kultury. Ważne jest, by pokazać, że można należeć do tej masy prawie dziewięciomilionowej metropolii, ale tym samym zachować swoją tożsamość  dlatego Big Apple jest jak kalejdoskop. W tym mieście codziennie można być w innej części świata. Jednego wieczoru na kolację można zjeść spaghetti alla puttanesca czy bliny, a następnego zupę z żółwia, grillowanego węża albo pieczoną świnkę morską.

Chiński rak

Trzy ostatnie dania wyciągnięte są prosto z menu restauracji w Chinatown. Małe chińskie państewko stało się tak popularne, że zaczęło przynosić gigantyczne zyski. Ściągający zewsząd Chińczycy przestali się już mieścić w swojej dzielnicy. Z roku na rok zasiedlają uliczki sąsiadującego z Chinatown Little Italy, połykając włoski niegdyś matecznik, tak silnie związany ze słynnymi rodzinnymi i kulturowymi tradycjami. Spacerując wokół Canal Street można natrafić na osamotnione włoskie knajpki, z przepalonymi neonami nad wejściem, serwujące panini i szynkę parmeńską z melonem, które nie ugięły się jeszcze pod naporem czerwonych smoków i kolorowych papierowych lampionów. Chiński superprzemysł pochłania bardzo szybko nie tylko włoski dystrykt. Sklepiki z produktami „made in China”, supermarkety z suszonymi krewetkami i grzybami mun, próbują wdzierać się na uliczki SoHo.

Nie jest to takie proste, bo jej mieszkańcy nie chcą się poddać. Założona przez holenderskich imigrantów South of Houston była pierwszą dzielnicą Manhattanu, która zaczęła dynamicznie się rozwijać i zachęcać do inwestowania w tym mieście. Jednak z czasem zamieniła się w biedną dzielnicę, zamieszkaną głównie przez robotników, którzy przy każdej lepszej sposobności starali się stamtąd uciekać. W XX wieku stare, zaniedbane i rozsypujące się domy nadawały się już tylko do rozbiórki. Ulice, niegdyś tętniące życiem i napędzające całą nowojorską koniunkturę, świeciły pustkami. Opustoszałe fabryki, magazyny i żeliwne budynki zaczęli jednak kupować i przekształcać w ogromne lofty artyści.

Tchnęło to na tyle świeżości i życia w te uliczki, że z czasem stały się one niezwykle popularne i pożądane. Obecnie lofty są droższe niż mieszkania na Piątej Alei. SoHo, ze swoją niską zabudową, bardziej przypomina amsterdamskie alejki – ciche, spokojne, zielone. Dlatego chińska tandeta za mocno się z tym wszystkim gryzie, całkowicie nie pasując tutaj i tylko przeszkadzając… Mimo to każdy lubi kolorowe Chinatown, w którym za osiem dolarów można zjeść naprawdę dobry i syty obiad, jak również kupić aromatyczne, orientalne przyprawy – zdecydowanie najlepsze w mieście. Ale każdy również nazywa tę chińską dzielnicę nowotworem Nowego Jorku.

Na scenie

Nowojorska szklano-betonowa dżungla to miejsce dla twardzieli. Prawdziwym chrztem bojowym jest wyjście w godzinach szczytu na Broadway. Jeśli ktoś narzekał na tłok i ścisk – chyba nigdy nie był na Broadway’u. To jeden z centralnych punktów komunikacyjnych, miejsce kilku tysięcy restauracji, barów, biur i sklepów. Jeśli ktoś mieszka we wschodniej części Manhattanu, a pracuje w zachodniej – musi minąć po drodze Broadway. Gdy wybija godzina, w której nowojorczycy kończą pracę, ulica wyglądem przypomina mrowisko. Wszystko jest dokładnie ustalone i wymierzone.

Prawa strona chodnika idzie na północ, lewa na południe, to samo po drugiej stronie ulicy. Jeśli człowiek spieszący się do domu nie wpadnie w rytm narzucany przez maszerującą masę, zostanie stratowany, zepchnięty do rynsztoku lub wciśnięty w drzwi którejś z otwartych restauracji. Ale kiedy już się wejdzie w odpowiednie tempo i takt, czasem nie ma możliwości, żeby się zatrzymać albo skręcić w boczną ulicę – pod naporem fali trzeba iść dalej, aż tłum się nieco rozrzedzi. Patrząc ze wzniesienia na ludzi przemieszczających się tą ulicą, można odnieść wrażenie, że to wszystko jest jednością, falą, kolorowym kotłem, który unosi się w górę i w dół… Broadway to najdłuższa z ulic Nowego Jorku.

Sam odcinek Broadway’u na Manhattanie liczy prawie trzydzieści kilometrów. Spacer z Bronxu – północnej granicy Manhattanu – do słynnego Financial District na południowym brzegu, zająłby około siedmiu godzin. Poza tym, że Broadway w godzinach szczytu zamienia się w rwącą rzekę ludzi, jest także królestwem teatru. Tych dużych scen jest tu ponad czterdzieści, a na ich deskach można zobaczyć największe gwiazdy hollywoodzkiego kina i to w każdej możliwej odsłonie: musicalu, dramacie szekspirowskim czy komedii. Żeby poznać, czym jest sztuka aktorska, warto wybrać jedną ze scen offowych. Gromadzą one tych, dla których teatr to całe życie. Ludzie, którzy tam występują, są w stanie wyciągnąć podczas jednego spektaklu wszystkie skrajne emocje. Podczas jednej sztuki widzowie śmieją się do łez, mają dreszcze przerażenia i płaczą z żalu. W końcu Broadway to mekka początkujących i marzących o sławie aktorów. To tutaj swoją karierę rozpoczynała Meryl Streep. Do dziś na scenach broadwayowskich gra Anthony Hopkins i Al Pacino.

Zielona Oaza

Czasem jednak nawet prawdziwy New Yorkers może mieć dość tego tempa. Miasto zastawia wiele pułapek, które wyprowadzają z równowagi  (spieszącego się człowieka zirytować może chociażby zepsuty automat z biletami; powrót nagrzanym, zatłoczonym i cuchnącym metrem, kiedy jest się zmęczonym i marzy się jedynie o wannie z pianką, także nie należy do najprzyjemniejszych). Jest jednak pewne miejsce, w którym zatrzymuje się czas. Ciche, jakby z innego świata, gdzie każdy może być anonimowy, pobyć sam ze sobą. Choć niektórym turystom zwiedzającym Manhattan wydaje się to nieprawdopodobne, ale można zamiast klaksonów i głośnych rozmów przechodniów usłyszeć tu śpiew ptaków. Zielone płuca Nowego Jorku – Central Park. Gwiazdor setek filmów i seriali. Miejsce uwielbiane przez artystów, miłośników joggingu i tai-chi. Podobno sam Woody Allen spaceruje tu, szukając inspiracji do nowych filmów. A jest gdzie spacerować.

Cały Central Park to 340 hektarów zieleni. Jeden spacer – i mamy cały przekrój nowojorskiej społeczności. Tutaj aktorzy ćwiczą swoje role, gimnastycy układy choreograficzne, nieliczni już hippisi z prawdziwego zdarzenia spotykają się i dyskutują nad problemem globalnego pokoju. Tu można też spotkać medytującego mnicha buddyjskiego. Do Central Parku ściągają także fani zespołu The Beatles. Po zachodniej stronie 72nd Street, w budynku zwanym „Dakota”, mieszkał John Lennon ze swoją żoną Yoko Ono. To właśnie w tym miejscu, prawie pod samymi drzwiami frontowymi, w grudniu 1980 roku szaleniec – Mark Chapman – zastrzelił muzyka, by zyskać sławę i rozgłos. Lennona trafiły cztery z pięciu wystrzelonych kul.

By oddać mu hołd, po drugiej stronie ulicy, już na terenie Central Parku, stworzono Strawberry Fields. Ono, która wciąż mieszka w Dakocie, widzi je z okna. Na tym skrawku terenu zawsze jest ktoś, kto właśnie przyszedł powspominać muzyka. Na mozaice z napisem „Imagine” zawsze leży świeża czerwona róża. Choć na Truskawkowych Polach obowiązuję bezwzględny nakaz zachowania ciszy, często przychodzą tu grupki młodzieży i zaczynają nucić piosenki Beatelsów. Jest w tym miejscu coś wyjątkowego i magicznego. Każdy, kto usłyszy znaną zwrotkę z „Yesterday”, zaczyna ją mimowolnie nucić pod nosem.

Taki właśnie jest Nowy Jork. Jeśli człowiek się nim zachłyśnie, nie chce wcale wyjeżdżać. A po wyjeździe, gdziekolwiek się znajdzie, obiecuje sobie, że wróci tu jak najszybciej. Stan umysłu New Yorkersa na każdego wpływa, nawet jeśli nie chce tego głośno przyznać. Bo w głębi duszy wie i pamięta, że zawsze można – tak typowo po nowojorsku – szybciej, dłużej, dalej i więcej.

Na koniec językowa ciekawostka. 10 słów, które każdy Nowojorczyk ma w swoim słowniku:

  1. Grill (czasownik) – ‘gapić się, często w podtekście seksualnym’.

  2. Crusty (przymiotnik) – ‘brudny’.

  3. Douchebag (rzeczownik) – wulgaryzm, znaczenie podobne do dup*ka lub kretyna.

  4. Dead ass – określa bycie poważnym, coś na poważnie, np. I was dead ass when she saw me lub Dead ass? (‘Na serio?’)

  5. Brick (przymiotnik) – ‘bardzo zimno, niemal na granicy zamarzania’.

  6. Mad (przysłówek) – nie ma nic wspólnego z bycie wściekłym, to słowo działa jak very, wzmacnia znaczenie rzeczownika, np. I’m mad hungry.

  7. Thirsty (przymiotnik) – tu też zmyłka, nie oznacza to bycia spragnionym. Thirsty w slangu nowojorskim oznacza desperackie zachowanie, np. Why you’re acting so thirsty, bro?

  8. I’m good – tak możesz odpowiedzieć, gdy pani w restauracji chce dolać ci kawy, a ty już nie masz na nią ochoty.

  9. The Hood (rzeczownik) – oznacza twoją dzielnicę, okolicę.

  10. Buggin’ (czasownik) – ‘wariować, odchodzić od zmysłów’.

Aldona

Blog: www.pofikasz.pl
https://www.youtube.com/pofikaszoszwecjipopolsku

Aldona Hartwińska

Jestem autorką bloga i kanału na YouTube "Pofikasz" oraz trzech przewodników turystycznych - po Szwecji i Sztokholmie. Po ukończeniu stosunków międzynarodowych na UW, przez pięć lat pracowałam jako redaktorka w TVN24. Dziś piszę dla kilku portali i gazet, montuję i pracuję jako copywriter.