fbpx
Konrad Jerzak vel Dobosz
Konrad Jerzak vel Dobosz (źródło: Polsat)

Konrad Jerzak vel Dobosz: “języki to moi przyjaciele” – wywiad z polskim poliglotą

Dziś na naszych łamach gości polski poliglota – Konrad Jerzak vel Dobosz, który mówi w kilkunastu językach i wciąż uczy się kolejnych. W rozmowie z Konradem wykorzystane zostały pytania, ułożone przez członków społeczności Językowa Siłka! Dziękujemy wszystkim Językowym Siłaczom, którzy przyczynili się do stworzenia tak inspirującej rozmowy!

Językowa Siłka: Czy Konrad mówiący w suahili i Konrad mówiący po niemiecku, to wciąż ta sama osoba?

Konrad Jerzak vel Dobosz: I tak, i nie. Niezależnie od tego, w jakim języku się w danym momencie komunikuję, pozostaję tą samą osobą, która ma identyczne marzenia, pasje, kompleksy czy problemy co zawsze. Zauważyłem jednak, że zależnie od kraju, w którym w danym momencie przebywam, zachowuję się nieco inaczej. Nie wydaje mi się, by związane było to konkretnie z językiem. To raczej “sprawka” różnic kulturowych. Nieświadomie człowiek dopasowuje się do zachowań ludzi mieszkających w danym kraju, a jeśli porozumiewa się w ich języku, robi to dużo naturalniej.

Podam tu jeden prosty przykład. Jestem typowym introwertykiem, który nie lubi zaczepiać ludzi na ulicy. Nie pytam się nikogo nigdy o drogę, a kontakty z obcymi ludźmi ograniczam do niezbędnego minimum. Wolę spędzić więcej czasu na samodzielne znalezienie odpowiedzi na jakieś pytanie czy rozwiązanie mojego problemu, niż udać się po pomoc do nieznanej mi osoby. A już gdy miałbym do niej zadzwonić, wpadłbym od razu w panikę. Pewnie połowa czytelników pomyśli, że mam jakąś ciężką chorobę psychiczną, którą czym prędzej powinienem leczyć.

Ale jestem też przekonany, że druga połowa osób czytających ten wywiad pomyśli: “Ojej, ten Konrad jest taki jak ja”. Po prostu nasz świat dzieli się na introwertyków, którzy czerpią energię w samotności lub wśród bardzo bliskich osób, a tracą ją w kontakcie z nieznanymi ludźmi; oraz na ekstrawertyków, u których przebiega wszystko na odwrót – ładują oni baterie tam, gdzie przebywają tłumy i zawsze coś się dzieje, a tracą siły i stresują się, gdy muszą przez jakiś czas pobyć sami z sobą.

Gdy jednak jestem w Brazylii, zachowuję się zupełnie inaczej. Nawiązywanie rozmów z przypadkowymi ludźmi czy to w kolejce do sklepu, czy w kawiarni, przychodzi mi z dużo większą łatwością. Nie przemieniam się oczywiście w rozgadanego jak katarynka “gringo”, ale dużo częściej nawiązuję przypadkowe kontakty z nieznanymi ludźmi niż w Polsce.

Gdy się nad tym zastanawiałem, zauważyłem, że my Polacy jesteśmy dość zamknięci w kontaktach z obcymi nam ludźmi. Nie chcemy im przeszkadzać, wkraczać z butami w ich życie. Wolimy kontakty z nieznajomymi ograniczać do minimum. Dlatego też w autobusie czy w metrze, nikt ze sobą nie rozmawia, z wyjątkiem osób starszego pokolenia, które zachowują się nieco inaczej. No właśnie, ludzie ci są przyzwyczajeni do tego, że wypada zagadać z nieznajomymi, gdy ci przez krótką chwilę dzielą z nami ułamek życia – w windzie, w pociągu, w kolejce do lekarza. Tak samo postępują Latynosi. Nikt nie przejmuje się tam, że komuś przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Wydaje im się być może, że milczenie w takich sytuacjach jest oznaką niegrzeczności. Dlatego nawiązują takie krótkie rozmowy niby o niczym, ale pozwalające im przetrwać w milszej atmosferze nudne chwile oczekiwania.

Znajomość języka pozwala nam wziąć udział w takich interakcjach. Wiem, że gdybym nie mówił po portugalsku, zapewne nie włączałbym się w tego typu “small talk”, tylko co najwyżej uśmiechał się i kiwał głową. W tym więc sensie używanie konkretnego języka mnie zmienia, ale nie oznacza to, że staję się zupełnie innym człowiekiem.

Patryk Topoliński, założyciel Językowej Siłki (po lewej) oraz Konrad Jerzak vel Dobosz (po prawej)

Językowa Siłka: Który język “czujesz” najbardziej? Niekoniecznie musi być to język, który znasz najlepiej. Powiedz po prostu, który przychodzi Ci najbardziej swobodnie, naturalnie? Myślisz, że jest to też związane z kulturą, ludźmi?

Konrad Jerzak vel Dobosz: Zawsze podchodzę do języków trochę jak do przyjaciół, a nawet do własnych dzieci. Ciężko powiedzieć, który jest tym ulubionym czy takim, który najbardziej “czuję”. Lubię je wszystkie, staram się przede wszystkim dostrzegać urok w tych językowych elementach, które inni uznają za koszmar.

Ale jednocześnie jest też tak, że pewne języki są mi bliższe w konkretnych sytuacjach. Portugalskim posługuję się najlepiej w rozmowie. Francuski to język, w którym najlepiej mi się czyta. Angielski to z kolei język, za pośrednictwem którego najchętniej zdobywam wiedzę np. biorąc udział w szkoleniach itp.

Języki, które znam słabiej, są już dla mnie nieco bardziej neutralne, ale mają też swoje momenty. W wakacje byliśmy na przykład z rodziną we Włoszech i trafiliśmy na kolację do małej knajpki, której właściciele urządzają regularnie swoim gościom mini-koncert starych włoskich przebojów. Gdy siedzieliśmy tak wszyscy tego ciepłego wieczora przy stolikach, na których stało pyszne jedzenie, i wsłuchiwaliśmy się w melodie pięknych włoskich piosenek, czułem, że na tę krótką chwilę ja sam stałem się Włochem…

Czułem się, jak gdybym przychodził w to miejsce co wieczór i delektował się tego rodzaju momentami niemal codziennie. Ale działo się to tylko dlatego, że znałem część piosenek, rozumiałem ich słowa i mogłem dzięki temu poczuć się jeszcze silniej częścią tych chwilowych emocji, które unosiły się w powietrzu. Moja rodzina nie potrafiła oczywiście tego pojąć, bo nikt poza mną nie mówi w języku włoskim, więc oczywiście wszyscy dobrze się bawili, widząc mnie, jak zaczynam razem z muzykami nucić słowa piosenek. Ale ich doświadczenie było inne niż moje. Dla nich była to kolejna pocztówka z wakacji, krótkie przeżycie, które się pamięta i o którym opowiada po powrocie, ale nie takie, które sprawia, że czujemy się powiązani z zupełnie nieznanym dla nas wcześniej miejscem czy ludźmi.

Językowa Siłka: A – patrząc od drugiej strony – który język był dla Ciebie najtrudniejszy? A może naukę jakiegoś języka porzuciłeś? Jeśli tak – na jakim etapie i dlaczego?

Konrad: Oczywiście najtrudniejszymi językami są te, które najmniej przypominają czy to pod względem słownictwa, czy struktur gramatycznych, te języki, które już znam, a zwłaszcza nasz język ojczysty.

Sporo natrudziłem się chociażby przechodząc przez podstawy języka tamilskiego, gdzie każde nowe słowo wydawało się śmiać mi w twarz i mówić pod nosem: “Nigdy się mnie nie nauczysz”.

Ciężko też było załapać kolejność elementów w zdaniu. Często w językach pochodzących z Indii, gdy chcemy powiedzieć, że zrobiliśmy coś i potem zrobiliśmy coś innego, używamy specyficznej konstrukcji, która dosłownie może być przetłumaczona jako “zrobiwszy X, zrobiłem Y”. Gdy chcemy powiedzieć: “Idź i z nim porozmawiaj”, powiemy: “Poszedłszy tam, porozmawiaj z nim”. Ogarnięcie tego moim umysłem było trudne, bo byłem przyzwyczajony do wzorców, które dominują w językach europejskich.

Nigdy nie było też tak, bym porzucił jakiś język. Oznaczałoby to, że zostawiłem go na zawsze. Ja wolę sobie zostawiać zawsze otwartą furtkę tak, by móc do niego wrócić. Odkładam więc raz na jakiś czas naukę danego języka na później.

Kilka lat temu na przykład, gdy dopracowywałem moją metodę uczenia się języków i byłem oszołomiony jej efektami, postanowiłem zacząć uczyć się kilku języków więcej. Wybrałem je dość przypadkowo, więc znalazły się wśród nich języki takie jak duński, koreański czy turecki. Po kilku tygodniach pracy z nimi zauważyłem, że podchodzę do nauki tych języków niechętnie. Może było to związane trochę z tym “czuciem” języka, o które było pytanie wcześniej. A może po prostu w danym momencie nie czułem jakiejś większej motywacji do tego, by poznać te właśnie języki. Ponieważ ich nauka się nie za bardzo kleiła, podjąłem decyzję, żeby z nich wtedy zrezygnować. Powoli jednak zaczyna mnie korcić, by do nich wrócić, tym bardziej że zetknąłem się z nimi czy to w filmach, czy w innych “okolicznościach przyrody” i nabrały one w pewnym sensie nowego smaku.

Językowa Siłka: Dlaczego uczyłeś się tylu języków? Co było dla Ciebie inspiracją na początku Twojej językowej drogi, a co jest tą inspiracją teraz?

Konrad Jerzak vel Dobosz:  Jestem z pokolenia nieco starszego niż wielu czytelników “Językowej Siłki”. Z pokolenia, które żeby posłuchać piosenki, musiało ją nagrać na kasetę magnetofonową z audycji radiowej, mając nadzieję, że prezenter jej nie zapowie, dzięki czemu będzie też dobrze słychać pierwszych kilka sekund nagrania.

Było to pokolenie, które miało ograniczony dostęp do podróży i informacji. Gdy uczyłem się portugalskiego, zdobycie jakichkolwiek materiałów graniczyło z cudem. Aby przeczytać jakiś artykuł w tym języku, musiałem pojechać do ambasady i poprosić o egzemplarze starszych numerów brazylijskich gazet, które placówka ta prenumerowała. Kiedy zacząłem naukę arabskiego, nie wiedziałem, jak język ten w ogóle brzmi, bo nie udało mi się przez pierwsze miesiące zdobyć żadnych nagrań.

Dziś wyjazd w dowolne miejsce na świecie jest czymś zupełnie normalnym. Zdarzało mi się rano udać do Londynu i wrócić do domu tego samego dnia wieczorem, lub polecieć do Rio de Janeiro przez Dubaj i z powrotem do Polski z przesiadką w Paryżu, a wszystko w zaledwie cztery dni. Gdy byłem młodszy, zagraniczne wyjazdy pozostawały jedynie w sferach marzeń. Smak bananów mogłem poznać jedynie z książek Kornela Makuszyńskiego o przygodach małpki Fiki-Miki, a wyjazd mojej mamy na kilka dni do Mińska na paszporcie, który uprawniał jedynie do odwiedzania krajów bloku socjalistycznego, był dla całej rodziny niemal wydarzeniem przełomowym.

Języki były jednak takim biletem, który pozwalał mi odbyć daleką podróż bez wychodzenia z domu. Były w pewnym sensie jedynym sposobem na to, żeby dotknąć i posmakować innego świata. Jako małe dziecko zacząłem zabawę z rosyjskim i niemieckim, bo nauką tego nazwać raczej nie mogę. Miałem w domu słownik polsko-rosyjski i stary podręcznik do nauki niemieckiego, z którego uczył się w podstawówce mój tata. Z pomocą rodziców rozszyfrowywałem dziwne literki zupełnie nowego alfabetu i próbowałem pokracznie wymawiać niemieckie słowa.

Nieco później zacząłem też naukę angielskiego, na którą na początku lat 90. zrobiła się moda. Lekcje wyglądały oczywiście wtedy zupełnie inaczej niż dziś. Nie było szans zdobyć nawet nagrań angielskich lektorów, więc byliśmy skazani na słuchanie naszego polskiego nauczyciela. Ale i tak wszyscy chłonęliśmy ten język zafascynowani możliwościami, jakie zaczął dawać.

Jeszcze w podstawówce zapisałem się też na korespondencyjny kurs francuskiego, by zagłębić się w arkana kolejnego fascynującego języka. Prawdziwym momentem przełomowym było jednak natrafienie w jednej z warszawskich bibliotek na książkę Zygmunta Broniarka “Jak nauczyłem się ośmiu języków obcych”. To po jej przeczytaniu zrobiłem po raz pierwszy listę języków, których chciałem się nauczyć.

Dziś do nauki języków motywują mnie zupełnie inne rzeczy. Po pierwsze, chcę dowiedzieć się jak najwięcej na temat tego, jak można uczyć się języków jeszcze szybciej i skuteczniej. Dzięki temu mogę pomagać ludziom w robieniu małych kroczków, by nauczyli się czy to wreszcie angielskiego na znośnym poziomie, czy innego języka, o którym wcześniej marzyli, a którego naukę odkładali na później. W naszym zaganianym świecie, w którym ludzie nie potrafią się porozumieć, ich znajomość wydaje mi się czymś bardzo ważnym. Staję się więc swoim własnym królikiem doświadczalnym i eksperymentuję z nowymi językami, szukając coraz to nowych pomysłów.

Chciałbym też sprawdzić, jak wiele potrafi nasz mózg, poznać jego granice i możliwości. Moim planem jest nauczenie się 100 języków na poziomie minimum A2. Nikt tego do tej pory nie dokonał i choć cel wydaje się zupełnie szalony, motywuje mnie do tego, by szukać rozwiązań, które pozwolą na jego realizację. Każde wielkie osiągnięcie zaczynało się przecież od marzeń jednego człowieka lub grupki ludzi, z których inni się wyśmiewali. Gdy jednak ktoś potrafi pokonać nieprzekraczalną dla ludzi granicę, idą za nim od razu inni. Niegdyś ludzie uznawali za niemożliwe zdobycie najwyższego szczytu świata, czyli Mount Everest. Podejmowali niezliczone próby, które kończyły się za każdym razem niepowodzeniem. Gdy jednak udało się górę zdobyć wyprawie kierowanej przez Edmunda Hillary’ego, kolejni ludzie zaczęli iść za jego przykładem. Ograniczenia tkwią najczęściej w nas samych i w braku wiary w swoje możliwości.

Konrad Jerzak vel Dobosz
Konrad Jerzak vel Dobosz prowadzący swoje autorskie warsztaty.

Językowa Siłka: Co oznacza dla Ciebie “znać” jakiś język?

Konrad Jerzak vel Dobosz: A czy to ważne? Wspomniałem już, że języki traktuję jak moich przyjaciół. Gdy poznałem kiedyś jakiegoś człowieka, nawet jeśli nie miałem okazji z nim spędzić zbyt wiele czasu, mogę powiedzieć, że tę osobę znam, prawda? Może lepiej, może gorzej. Ale jeśli potrzebuję i poświęcę trochę czasu, osoba ta może się stać nawet moim dobrym przyjacielem.

Definicja tego, co oznacza “znajomość” języka zmienia się też na przestrzeni dziesięcioleci. Znany polski przedwojenny poliglota Andrzej Gawroński powiadał, że za język mu “znany” uznaje ten, w którym potrafi czytać. Zgodnie z jego definicją znam więc język słowacki, którego nigdy się nie uczyłem, ale który jest mieszanką polskiego i czeskiego, w których potrafię się porozumiewać.

Myślę, że często ludzie za bardzo skupiają się na nadawaniu jakichś etykietek. Zastanawiają się nad tym, czy znają już jakiś język czy jeszcze nie. Stawiają sobie zbyt wygórowane cele, których osiągnięcie jest niemożliwe. I przez to tracą całą przyjemność z uczenia się języków, poznawania nowego świata, innych kultur.

Włoski poliglota Luca Lampariello w książce “Jak uczyć się języków” powiedział bardzo mądre słowa. Język jest tylko narzędziem do zdobywania wiedzy. No właśnie. I ja dodałbym tutaj nieco więcej. Nauka języka sama w sobie do niczego nie prowadzi, o ile nie wiemy, jak z tego narzędzia korzystać. Nie ważne jest też, czy w naszej skrzynce są tylko dwa narzędzia czy jest ich piętnaście. Być może jest tylko jedno, ale dzięki niemu możemy realizować swoje pasje? Nieważna jest ilość. Ważne jest to, co dzięki językom możemy osiągnąć. 

Językowa Siłka: Wiele osób zastanawia się jakich języków warto się uczyć i dlaczego. A jakie korzyści niesie za sobą znajomość tak wielu języków? Poza tak oczywistymi jak możliwość dogadania się w wielu miejscach i z wieloma osobami?

Konrad: Bardzo podobają mi się słowa węgierskiej poliglotki i tłumaczki Kató Lomb: “Język to jedyna rzecz na świecie, którą warto znać nawet słabo”. Dlaczego? Języki otwierają nam nowe drzwi. Powiedzenie prostego słowa “dziękuję” w języku obcym jest w stanie wywołać uśmiech na twarzy naszego rozmówcy, nawet jeśli nasza wymowa będzie wołała o pomstę do nieba.

Dzięki znajomości języków łatwiej jest “przełamać lody” w czasie pierwszego kontaktu. Każdy z nas docenia wysiłek wykonany przez drugą osobę, by poznać nasz rodzimy język i naszą kulturę, prawda? Gdy widzimy obcokrajowca mówiącego po polsku, odczuwamy podziw i chętniej mu pomagamy.

Ktoś może też powiedzieć, że poznawanie kilkudziesięciu języków na raz jest zupełnie nieprzydatne. Ale jest to też świetna gimnastyka dla umysłu. Ja sam widzę, że choć poznaję języki, których być może nigdy w życiu nie użyję (choć tutaj często życie płata figle i pokazuje, jak bardzo się myliłem), czuję, że moja pamięć pomimo kolejnych kartek zrywanych z kalendarza funkcjonuje ciągle dość dobrze. Badania naukowe wykazały, że znajomość języków obcych pozwala zmniejszyć ryzyko zachorowania chociażby na chorobę Alzheimera.

Gdy pracowałem jeszcze jako nauczyciel francuskiego w szkole językowej, pamiętam dzień, w którym trafiła do nas pewna starsza pani. Miała burzę białych włosów i wyglądała jak sympatyczna babcia z ilustracji w książkach dla dzieci. Nie wiem, ile miała lat, bo oczywiście nie zadałem jej tego pytania, ale gdy usłyszałem, że francuskiego uczyła się w liceum przed wojną, a do tego jej prawnuki śmieją się, że chce się zapisać na lekcje tego właśnie języka, mogłem szybko w głowie obliczyć, że była dużo starsza, niż początkowo przypuszczaliśmy.

Powiedziała wtedy jednak coś, co zostało mi w głowie do dziś:

Wie pan. Jestem już starsza i widzę, jak wielkie kłopoty zaczynam mieć z pamięcią. Lekarz powiedział mi, że powinnam ćwiczyć mój mózg, rozwiązywać jakieś krzyżówki lub ćwiczenia. No ale rozumie pan. Ja nienawidzę krzyżówek. Jestem osobą pełną życia i chcę robić, coś co sprawia mi radość. Na samą myśl ślęczenia nad nudnymi krzyżówkami, przechodzą mnie po plecach ciarki. Po tej rozmowie u lekarza pomyślałam jednak, że może powinnam w takim razie wrócić do francuskiego. Ten język zawsze był moją pasją, uwielbiałam się go uczyć, wsłuchiwać w jego melodię… Postanowiłam więc, że skoro mój mózg wymaga ćwiczeń, dam mu też przy okazji odrobinę przyjemności. Mówi się, że nie można mieć ciastka i zjeść ciastka… A ja ucząc się francuskiego będę miała i jedno, i drugie. Połączę konieczność z przyjemnością.

No właśnie. Nauka języka to najlepszy sposób na to, by utrzymać nasz mózg w formie. Pozwala rozwijać i jego analityczne obszary, gdy staramy się rozwikłać gramatyczne łamigłówki, i jego artystyczną część przypisywaną prawej półkuli np. gdy wsłuchujemy się w melodię obcej mowy.

Nawet gdy nasz świat opanują roboty tłumaczące w mgnieniu sekund każde słowo czy zdanie, dalej warto będzie uczyć się języków, by utrzymać nasz mózg w formie.

Językowa Siłka: Czy podczas rozmowy mieszają Ci się języki? Jaki jest Twój sposób na naukę wielu języków jednocześnie?

Konrad Jerzak vel Dobosz: Oczywiście, że się mieszają. Gdyby było inaczej, znaczyłoby to, że jest ze mną coś nie w porządku. Mieszanie się języków jest czymś zupełnie normalnym.

Aby zrozumieć, jak radzić sobie z tym zjawiskiem, należy najpierw zrozumieć, z czego ono wynika.

Zawsze wyobrażam sobie, że w moim mózgu jest pewien jegomość, który zbiera wszystkie słówka i struktury gramatyczne do worka. Gdy byłem małym dzieckiem, otoczony byłem językiem polskim, więc ten sympatyczny pomocnik stworzył sobie worek, w którym uporządkował wszystkie zasady dotyczące mojego ojczystego języka.

Gdy zacząłem się uczyć pierwszego języka obcego, biedak nie wiedział, że musi wszystko gromadzić w innym worku. Traktował więc nowy język trochę na zasadzie kolejnego wariantu tego pierwszego… Podobnie jak możemy powiedzieć “helikopter” zamiast słowa “śmigłowiec”, jemu wydawało się, że można powiedzieć chociażby “window” zamiast “okno”. W pewnym momencie zorientował się jednak, że poznaję dwa inne języki i przeniósł wszystko, co dotyczyło angielskiego, do drugiego worka.

Za każdym razem gdy uczymy się nowego języka, nasz mózg próbuje skojarzyć to, co nowe, z tym, co już zna. Jeśli znasz język hiszpański i zaczynasz się uczyć języka włoskiego, z lenistwa mózg oba języki będzie grupował razem, przez co wszystko będzie Ci się mieszało. Owszem, łatwiej będzie rozumieć nowy język, ale mówienie w nim będzie stanowiło spore wyzwanie.

Najczęściej języki mieszają się nam przez to, że są do siebie podobne np. pochodzą z tej samej rodziny. Ale czasem nasz mózg kojarzy je w inny sposób np. geograficznie i choć na pierwszy rzut oka siebie nie przypominają, będziemy je w głowie mieszać. W moim przypadku dzieje się tak chociażby w przypadku języków indyjskich: hindi i tamilskiego. Choć hindi jest teoretycznie bliższy językowi polskiemu i w niewielkim stopniu powiązany z tamilskim, mój mózg najprawdopodobniej wrzucił oba języki do jednego worka i przez długi czas traktował jak jeden.

Warto też zauważyć, że najczęściej mieszamy języki, gdy mówimy w języku, który znamy słabiej. Czy zdarza się nam użyć obcego słowa, gdy mówimy po polsku? Najczęściej tylko wtedy, gdy robimy to świadomie, zazwyczaj z lenistwa, bo nie chce się nam znaleźć polskiego odpowiednika. Rzadko jednak robimy to w sposób nieświadomy.

Mi na przykład przychodzą do głowy portugalskie konstrukcje, gdy mówię po hiszpańsku lub włosku, ale rzadko dzieje się to w drugą stronę. To dlatego że portugalski znam dużo lepiej i mój mózg dobrze już go sobie oddzielił.

Jeśli chcemy uniknąć mieszania się języków, rozwiązanie jest tutaj proste. Po pierwsze, zaakceptujmy i pokochajmy ten fakt. To zupełnie normalne, że tak się dzieje. Po drugie, starajmy się jak najczęściej ćwiczyć zwłaszcza ten słabszy język. Im intensywniej zaczniemy go używać, tym szybciej nasz mózg zorientuje się, że musi zapakować go do oddzielnego worka. Po trzecie, nauczmy mózg, że np. hiszpański i włoski to dwa zupełnie inne języki. Tutaj świetnym ćwiczeniem jest chociażby tłumaczenie z jednego języka na drugi.

Konrad Jerzak vel Dobosz oraz Luca Lampariello
Konrad Jerzak vel Dobosz (po lewej) oraz włoski poliglota Luca Lampariello (po prawej)

Językowa Siłka: Jak wygląda pod względem językowym Twój dzień powszedni. Na przykład przedwczoraj?

Konrad Jerzak vel Dobosz: Mógłbym powiedzieć, że taki typowy dzień dzielę na cztery moduły, w czasie których pracuję z językami. Moduł pierwszy to praca z fiszkami, w których znajdują się całe zdania. Tłumaczę je w obie strony i staram się robić to codziennie. Pozwala to mi powtarzać regularnie to, co już potrafię, ale także poznawać nowe słówka i konstrukcje. Jestem tutaj chyba największym wrogiem uczenia się słówek, przynajmniej wśród poliglotów. Gdy występowałem w programie “The Brain”, zastanawiałem się długo, jaką radę mógłbym przekazać ludziom, którzy będą oglądali mój występ. Wiedziałem, że muszę zawrzeć wszystko w jednym zdaniu, bo rozmowa z jurorami była zawsze ograniczana do krótkich wypowiedzi. Wymyśliłem więc wtedy krótki slogan językowy: “Nie ucz się słówek, ucz się zdań”. Powtarzam go, kiedy mogę, bo najlepiej pokazuje moją filozofię.

Drugi element to przygotowywanie materiałów do nauki. Tutaj mogą to być albo materiały własne albo zdania do moich kursów, na których podstawy języka poznają moi uczniowie. Praca polega tutaj na wydobywaniu i znajdywaniu takich zdań, które jak najszybciej wprowadzą kluczowe elementy języka, dzięki czemu bardzo szybko można w tym języku zacząć mówić. Oczywiście jest tutaj sporo szperania w książkach do gramatyki lub słownikach, by zrozumieć lepiej niektóre zagadnienia i struktury, ale akurat tego rodzaju pracę lubię.

Trzeci element to kontakt z językiem obcym, który ma być dla mnie zabawą. Nie skupiam się tutaj na tym, by zrozumieć wszystko, co słyszę lub czytam. Po prostu chcę stworzyć sobie okazję do tego, by pobyć z językiem, z którym na co dzień nie mam zbyt dużego kontaktu. Mogę więc np. obejrzeć krótki filmik na YouTube, przeczytać jakiś artykuł itd. Często jeśli szukam jakiejś informacji, wyszukuję ją właśnie w języku, który chcę sobie w ten sposób odświeżyć. Nie mam tutaj jasnych zasad w stylu: w poniedziałek podcasty po niemiecku, we wtorek lektura po czesku, a w środę słuchanie chińskich przebojów. Jestem tutaj spontaniczny i kieruję się potrzebą chwili.

Czwarty element to naturalny kontakt z językami, czyli rozmowy ze znajomymi, rodziną, używanie danego języka w pracy. Gdy dostaję np. maila po angielsku, odpisuję na niego w tym języku. Z żoną, która pochodzi z Indii, rozmawiam po angielsku, bo do tego przywykliśmy, choć czasem, gdy nie chcemy, by ktoś nas zrozumiał, rozmawiamy w hindi lub po polsku. Mam znajomych, z którymi rozmawiam po francusku, z innymi po portugalsku czy hiszpańsku. Gdy jestem w Czechach, staram się wszędzie używać czeskiego. Chodzi tu więc o takie naturalne sytuacje, których w żaden sposób nie wymuszamy, w odróżnieniu od tego, co opisałem w punkcie trzecim.

Co ważne, pierwszy element (praca z fiszkami) to taki mój codzienny nawyk, który zajmuje od kilkunastu minut do godziny. Staram się robić to codziennie i powtarzać zdania z 35 języków, które w tej chwili poznaję. W ten sposób mam stały kontakt z każdym z nich, choć czasami to tylko minuta lub dwie na każdy z nich.

Element drugi i trzeci stosuję, gdy mam więcej czasu. Przedwczoraj chociażby dodałem trochę zdań do powtórek do nauki języka albańskiego i norweskiego. Jeżeli jednak czasu mi brak, skupiam się na elemencie pierwszym.

Czwarty element jest z kolei zupełnie naturalny i po prostu pojawia się w moim życiu.

Oczywiście im lepiej znam dany język, tym więcej elementów jestem w stanie do mojego życia wprowadzić np. element czwarty stosuję tylko w przypadku kilku języków, które znam najlepiej, ale już nie tych, których naukę dopiero rozpocząłem.

Nie oznacza to też, że taki system sprawdzi się u każdego. Jeśli uczysz się jednego czy dwóch języków, możesz sobie życie zorganizować w zupełnie inny sposób. Otoczyć się bardziej językiem, o czym pisze chociażby Patryk Topoliński. W moim przypadku ciężko chociażby okleić każdy przedmiot w domu karteczką z jego nazwą w języku, którego się uczę. Gdyby na każdym było 35 karteczek (a docelowo 100), wywołałoby to więcej zamieszania niż przyniosło pożytku. Jeżeli jednak uczysz się jednego języka, takie podejście może się dobrze sprawdzić.

Konrad Jerzak vel Dobosz w programie “The Brain. Genialny Umysł”:

Językowa Siłka: Ile czasu zajęło Ci opracowanie Twojego systemu nauki? Czy może nadal nad nim pracujesz? I jakie są Twoje ulubione metody nauki? Prosimy o konkrety 😉 

Konrad Jerzak vel Dobosz: Najważniejsze elementy mojego systemu nie zmieniają się zbytnio od kilku lat. Robię w nich co najwyżej minimalne modyfikacje, by działały dużo lepiej i sprawniej. A sposobu na skuteczną naukę szukałem przez wiele lat. I muszę tu powiedzieć, że czasem więcej niż przejście ścieżki metodycznej na studiach i praktyki w szkołach dały mi rozmowy z uczniami. Zrozumiałem, że każdy z nas uczy się nieco inaczej i jeden sposób nauki nie może się sprawdzić w każdym przypadku. Uczniowie dawali mi też znać o różnych książkach i nowinkach. To od jednego z nich dowiedziałem się chociażby o programie SuperMemo do powtórek, na którego algorytmie bazuje dziś większość aplikacji do nauki języków.

Zawsze ogromną satysfakcję sprawiało mi to, że system, który zacząłem z powodzeniem stosować, sprawdził się też u innych osób.

Pamiętam, jak na jednym z warsztatów, które organizowałem, pojawił się jeden chłopak, który wyglądał zupełnie niepozornie. Miał na imię bodajże Krzysiek. W czasie przerw między wykładami podszedł do mnie i opowiedział mi swoją historię.

Chodził do technikum, w którym miał zajęcia z angielskiego. Nauczycielka nie miała jednak do niego cierpliwości i co chwilę wypominała mu, że nigdy tego języka się nie nauczy. Pewnie każdy z nas miał takiego nauczyciela.

Krzysiek był załamany, bo bardzo chciał nauczyć się chociażby podstaw tego języka. Jakiś czas wcześniej obejrzał film o norweskich fiordach i zakochał się w Norwegii. Planował, że po szkole wyjedzie tam do pracy. Jakiejkolwiek pracy. Byle się tam znaleźć. Na drodze stała jednak nieznajomość angielskiego. Jak się tam dogada? Czy jest w stanie znaleźć pracę, jeśli będzie w stanie porozumiewać się tylko po polsku?

Krzysiek starał się uczyć angielskiego, wkuwać słówka, ale ciągle odbijał się od ściany. Gdy pojawiała się jakaś iskierka nadziei, gasiła ją szybko nauczycielka. Nie masz talentu. Nigdy ci się nie uda. Nie nauczysz się angielskiego. Ile razy i my podobne słowa słyszeliśmy?

Widziałem smutek w jego oczach, gdy o tym opowiadał. Ale chwilę później uśmiechnął się i powiedział: “Konrad, tak naprawdę przyjechałem na te warsztaty, żeby ci podziękować. Zaraz mam pociąg powrotny, więc nie mogę zostać do końca. Ale chciałem, żebyś wiedział, że to twoja książka wiele zmieniła. Kupiłem ją przez przypadek. Przeczytałem ją w jeden weekend i pomyślałem, że nie mam nic do stracenia. Po prostu ci zaufam. Zaufam metodzie, którą stosujesz i zacznę się uczyć dokładnie, jak radzisz.

I wiesz co? W ciągu kilku miesięcy opanowałem podstawy angielskiego na tyle dobrze, że zachęciło mnie to też do nauki norweskiego. Kupiłem materiały do nauki i robię każdego dnia postępy”.

Słysząc słowa Krzysztofa zrobiło mi się naprawdę miło. Choć pewnie dziś napisałbym moją książkę nieco inaczej, wiele rzeczy bym pewnie dodał, przez chwilę poczułem, że zarywanie kolejnych nocy, by ją napisać, miało sens.

Krzysiek uśmiechnął się do mnie i dodał:

“Ale jest coś ważniejszego. Coś, co chciałbym ci pokazać”. Wyciągnął wtedy z kieszeni kartkę, na której wydrukowany był bilet do Oslo.

“Już za miesiąc wylatuję do Norwegii. Wreszcie udało mi się spełnić moje marzenie”.

Mam nadzieję, że takich osób jak Krzysztof będzie więcej. Najważniejsze jest to, żeby zaufać w swoje możliwości i zaufać systemowi nauki. To punkt wyjścia. Jest najtrudniejszy, ale potem jest już dużo łatwiej.

Językowa Siłka: A gdyby ktoś chciał się uczyć języków z Twoją pomocą? Jak wyglądają kursy językowe u Konrada Jerzaka vel Dobosza?

Konrad Jerzak vel Dobosz: Gdy dopracowałem na tyle moją metodę, by móc ją przetestować, zorganizowałem dwudniowe szkolenie, na którym grupka 7-8 osób uczyła się razem ze mną podstaw hiszpańskiego. Choć były tam osoby, które nie znały nawet dobrze angielskiego, każdy z uczniów na koniec wygłosił krótkie wystąpienie po hiszpańsku. Dało mi to ogromną motywację do tego, by pracować nad kolejnymi kursami.

Wiedziałem jednak, że w dzisiejszym świecie ciężko jest wygospodarować nawet godzinę tygodniowo na regularne zajęcia. Ja sam w codziennym chaosie zapominam na przykład o tym, żeby wysłać dzieci na zajęcia dodatkowe i pilnować tego, co ma się danego dnia wydarzyć. Wszyscy jesteśmy zabiegani i zajęcia językowe o sztywnej godzinie tylko nas stresują. Z doświadczenia innych nauczycieli, którzy pracują z dorosłymi w szkołach językowych, wiem, że jedną z bolączek jest to, że uczniowie cały czas odwołują lub przekładają lekcje. A wiemy dobrze, że kluczem do sukcesu jest regularna nauka.

Pewnie i Tobie się to zdarzało. Zapisujesz się na kurs, żeby mieć zewnętrzną motywację. Ale de facto to taki sposób na oszukanie samego siebie, bo uczysz się tylko na zajęciach. Myślisz sobie, że skoro jutro masz lekcję angielskiego, to dziś nie musisz już powtórzyć materiału. A ponieważ co drugą lekcję odwołujesz, uczysz się koniec końców godzinę w tygodniu albo i mniej.

Dlatego też pomyślałem o stworzeniu kursów on-line, na których uczniowie mogliby uczyć się w dowolnym miejscu i czasie, każdy w swoim tempie. Nie trzeba wtedy oglądać się na innych, stresować się tym, że radzą sobie lepiej niż my. Ale jednocześnie chciałem, żeby uczniowie pracowali w grupie, bo nauka z innymi ludźmi jest zawsze motywująca.

I tak powstały moje kursy, z których skorzystały już setki osób.

Kursy dla początkujących trwają trzy miesiące, w czasie których uczniowie poznają podstawy wybranego języka. Uczą się zdań, wykonują cotygodniowe zadania grupowe, za które otrzymują nagrody. I co ważne, nie uczą się tylko dla siebie. Przekazujemy też pieniądze na cele charytatywne, jeśli nasi uczniowie pracują regularnie.

Efekt? Nasi uczniowie uczą się średnio 4-5 dni w tygodniu, czyli częściej niż na typowych kursach językowych. Dzięki temu bardzo szybko zaczynają osiągać sukcesy. Już po pierwszym miesiącu wielu z nich pisze, że podsłuchiwało francuskich czy niemieckich kolegów z pracy i rozumiało bardzo dużo z tego, co mówią. Jedna z uczennic wyjechała do Włoch po niecałych dwóch miesiącach nauki i spokojnie się z Włochami dogadywała. Mieliśmy też ucznia, który zdał egzamin B1 w instytucie językowym, szokując egzaminatorki tym, że rozpoczął naukę ledwie trzy miesiące wcześniej.

Oczywiście mamy też osoby, którym idzie nieco ciężej i które z różnych przyczyn robią sobie przerwy w nauce. Staram się jednak tak przygotować ten kurs, by można do niego w każdym momencie wrócić, a także spowolnić jego tempo, jeśli pojawiają się w naszym życiu nieprzewidziane okoliczności.

Cieszy mnie też to, że coraz bardziej rozszerzamy ofertę naszych języków. Oczywiście mamy kursy z języków popularnych takich jak angielski (wersja brytyjska lub amerykańska), niemiecki, francuski, włoski czy hiszpański (dla początkujących i średnio zaawansowanych), ale udało się też stworzyć kursy węgierskiego, szwedzkiego, norweskiego, niderlandzkiego, rosyjskiego i portugalskiego (brazylijskiego oraz europejskiego) dla początkujących. Już w lipcu 2020 czeka nas naprawdę fantastyczny sezon kursów, ponieważ wystartują wówczas kursy aż kilkunastu języków!

Osoby zainteresowane nauką zachęcam do odwiedzenia naszej strony: http://sekretypoliglotow.pl/nasze-kursy – można znaleźć tam listę kursów, na które przyjmujemy zapisy oraz dowiedzieć się więcej na temat tego, jak kurs przebiega, przeczytać opinie uczestników itd.

Konrad Jerzak vel Dobosz prowadzi też wspólnie z Marlonem Couto Ribeiro podcast “Sekrety Poliglotów”. Oto wprowadzenie do podcastu!

Językowa Siłka: To może jeszcze tak na koniec. Jaki język planujesz jako kolejny?

Konrad Jerzak vel Dobosz: Kusi mnie żeby odpowiedzieć “każdy”, ale wiem, że choć nasz mózg nie ma praktycznie ograniczeń, my sami jesteśmy ograniczeni dostępnym czasem. Tak jak jednak wspominałem, chciałbym poznać jak najwięcej języków i postawiłem sobie za cel poznać ich 100 w czasie mojego życia. Nie wiem, na ile mi się to uda, ale jestem przekonany, że będzie to doskonała zabawa. Już samo stworzenie listy 100 języków było niezwykle ciekawym wyzwaniem, bo jeśli wypiszecie te języki, które znacie lub takie, o których istnieniu wiecie, okaże się, że nie ma ich wcale aż tak dużo.

Który język będzie kolejny? Tutaj wiele zależy od przypadku… Może będę szedł kluczem alfabetycznym i zabiorę się za któryś z języków, który stoi wyżej na liście. A może zainspiruję się jakimś filmem, książką czy spotkaniem i wybiorę inny język. Myślę, że nie ma to większego znaczenia. Ważne, by nauka sprawiała nam przyjemność. I tak na koniec właśnie tej przyjemności z nauki chciałbym wszystkim czytelnikom życzyć.

Rozmawiali Językowi Siłacze, opracował Patryk Topoliński

Więcej o Konradzie na stronie: Konrad Jerzak vel Dobosz – Sekrety Poliglotów.

Patryk Topoliński

Pomysłodawca i założyciel Językowej Siłki oraz wyzwania Język w Rok. Mówi po: polsku, angielsku, hiszpańsku, rosyjsku, szwedzku, włosku, francusku, grecku oraz portugalsku (akcent brazylijski). Wierzy, że nauka języków może być przyjemnością oraz pomaga Polakom odkrywać naukę języków na nowo. Autor książki “Językowa Siłka – skuteczne metody nauki języków” oraz podręcznika “Matura z języka na 100%”. Pracuje jako Trener Językowy i zarządza Językowym Sklepem. Oprócz tego jest gospodarzem grupy Językowa Siłka na Facebooku, prowadzi językowego Instagrama @jezykwrok, a na YT oraz Facebooku opowiada o wyzwaniu Język w Rok oraz o wszystkim, co związane z językowym stylem życia!