fbpx
Zestaw tłumacza symultanicznego

Tłumaczenia symultaniczne od podszewki

Na czym polegają tłumaczenia symultaniczne? Czy żeby się tym zajmować, wystarczy znać dwa języki? Poznaj tajniki tego zawodu.

Tłumaczenia symultaniczne – to brzmi groźnie i ekscytująco zarazem. Kim jest tłumacz symultaniczny? Co się dzieje w jego głowie? Jak wygląda codzienność tłumacza ustnego? Czy żeby zajmować się symultanką, wystarczy znać dobrze dwa języki? Poznaj odpowiedzi na te pytania w poniższym artykule!

Co to są tłumaczenia symultaniczne?

Symultaniczny to znaczy odbywający się jednocześnie. Tłumaczenia symultaniczne polegają na słuchaniu i równoległym tłumaczeniu tego, co się słyszy. Innym rodzajem tłumaczeń ustnych jest konsekutywa – wtedy tłumacz słucha przemówienia lub jego fragmentu robiąc notatki, aby następnie odtworzyć to wszystko, co usłyszał, ale w innym języku.

Tłumaczenia symultaniczne i konsekutywne wymagają zupełnie innych technik pracy. Konsekutywa opiera się na pamięci krótkotrwałej i umiejętność podzielenia dyskursu na logiczne paczki informacji. Przy symultance konieczny jest przede wszystkim refleks i podzielność uwagi (ale nie tylko).

Kabina tłumacza symultanicznego
W kabinie tłumacza jest bardzo przytulnie.

„No tak, ale co się dzieje, kiedy czegoś nie zrozumiesz?” – takie pytanie zadała mi kiedyś koleżanka. Oczywiście, nie można być tłumaczem symultanicznym, jeśli nie zna się bardzo dobrze obu języków: wyjściowego i wejściowego. Do tego dochodzi znajomość kultury i bycie na bieżąco z wydarzeniami, gdyż nigdy nie wiadomo, do czego odwoła się prelegent. Wysokiej klasy tłumacz nie powinien mieć problemów z rozumieniem wypowiedzi, nawet jeśli ktoś mówi z silnym akcentem.

Jednak zdarzają się sytuacje, gdy tłumaczowi coś umknie. Prelegenci nie zawsze układają swoje przemówienia w logiczny sposób, mogą mówić niewyraźnie albo używają języka, który nie jest ich ojczystym i po prostu popełniają błędy. Trzeba sobie wtedy jakoś radzić, a kluczowymi elementami w radzeniu sobie jest myślenie, doświadczenie i odpowiedni background, czyli znajomość tematu. W kabinie mamy też do dyspozycji partnera, który podrzuci słówko czy zanotuje wartości liczbowe.

Radzenie sobie w kabinie

Tłumacz symultaniczny ma do dyspozycji zestaw technik, który pozwala mu przekładać skomplikowany dyskurs w ciągu ułamków sekund. Przede wszystkim, tłumaczenia ustne to nie jest tłumaczenie słowo po słowie. Nie bez powodu w wielu językach rozróżnia się tłumacza pisemnego oraz „interpretera”. Istotą tłumaczeń ustnych jest bowiem interpretowanie, czyli wyłapywanie sensu i przekazywanie go własnymi słowami. Niepotrzebne słowa, takie jak przymiotniki, można pomijać. Symultanka to też sztuka wyboru i gra w ruletkę – lepiej żeby to, co uznasz za „niepotrzebne”, rzeczywiście takie było.

Barry Slaughter Olsen i Katty Kauffman obnażają techniki tłumaczeń symultanicznych
Barry Slaughter Olsen i Katty Kauffman obnażają techniki tłumaczeń symultanicznych (YouTube)

Tłumacz symultaniczny musi znać się nie tylko na języku, ale i na tym, czego dotyczy konferencja. Czy to wspólna polityka rolna, czy wykład z fizyki kwantowej albo objaśnienie konstrukcji cepa – trudno wyobrazić sobie bezbłędne powtórzenie prawa Ohma, jeśli nigdy się o nim nie słyszało i nie zna się specjalistycznego słownictwa.

W glottodydaktyce spotykamy się z pojęciem expectancy grammar, które oznacza swego rodzaju bagaż doświadczeń pozwalający na rozumienie ogółu i na przewidywanie, co może zostać powiedziane w danym kontekście. Zdolność ta ma gigantyczne znaczenie dla tłumaczeń symultanicznych: przy temacie zupełnie nam obcym słowa po prostu omijają umysł, za to, gdy się na czymś znamy, wchodzą do głowy jak nóż w masło.

Przygotowywanie się: ZZZ?

Pamiętasz bezsenne noce w czerwcu przed sesją na studiach? W szkole uczyłeś się słówek na kartkówkę w tramwaju albo na przerwie między lekcjami i to wystarczyło na piątkę? Gratuluję, masz predyspozycje do bycia tłumaczem konferencyjnym.

Prelegenci często nie szanują pracy tłumacza albo zapominają, jak to jest trudne. Mają obowiązek dostarczyć materiały dotyczące swojego wystąpienia, ale ponieważ często sami kończą prezentację, będąc jeszcze w samolocie, tłumacz otrzymuje stos dokumentów pół godziny lub kwadrans przed konferencją. Najbardziej bezczelni dosyłają materiały w trakcie (przynajmniej tam, gdzie miałam okazję odbywać staż – freelancer nie powinien pozwalać swoim klientom na coś takiego).

Wyobraź sobie teraz, że dostajesz piętnaście, dwadzieścia, pięćdziesiąt stron prezentacji na temat całkowicie odległy od Twoich zainteresowań i w ciągu pół godziny musisz:

a) przeczytać wszystko,

b) zrozumieć,

c) wypisać techniczne słówka i posprawdzać je w drugim języku,

d) nauczyć się ich (a to już zakrawa na luksus).

Czyli codziennie taka mała sesja – zakuj, zdaj i (niekoniecznie) zapomnij. Jeśli Twoją techniką nauki na studiach było robienie starannych, kolorowych notatek i schematów, to jako tłumacz ustny na etacie będziesz wiecznie sfrustrowany.

Tłumaczenia symultaniczne są jak sport

Wiele osób uważa, że tłumaczenia ustne są jak sport: trzeba je regularnie ćwiczyć. Ale na tym podobieństwa się nie kończą.

Po pierwsze, nauka symultanki jest jak nauka pływania; kurczowe trzymanie się słów prelegenta przypomina poruszanie się wzdłuż brzegu basenu. Zwykle nie ma na to czasu. Żeby szybko dopłynąć na drugą stronę akwenu, trzeba puścić się barierki i odważnie rzucić na głęboką wodę (jedni toną, inni okazują się wyśmienitymi pływakami – sink or swim).

Pod względem psychologicznym tłumaczenia symultaniczne mają wiele wspólnego ze sztukami walki. Zanim przystąpi się do rzeczywistego sparingu, to znaczy do pracy w kabinie, potrzebne są lata ćwiczeń nad pojedynczymi technikami, czyli np. nad samym językiem. Będąc już na macie, tłumacz nigdy nie wie co go spotka. Musi się więc wykazać refleksem i reagować na posunięcia przeciwnika, bazując na intuicji i doświadczeniu.

Podczas walki nie można się wycofać: nawet jeśli wiesz, że przegrywasz, nie możesz przestać się bronić. Tłumacz też nie może się zatrzymać. Podstawowa zasada symultanki to poker face. Twój odbiorca nie może zorientować się, że masz problemy, i tak samo twój przeciwnik nie powinien wiedzieć, kiedy trafił we wrażliwy punkt.

Tłumaczenia symultaniczne są jak muzyka

Mówić i słuchać JEDNOCZEŚNIE? Ale jak to?!

A jednak to możliwe, tak samo, jak możliwe jest granie na fortepianie lewą i prawą ręką zupełnie innych nut. Po jakimś czasie staje się to naturalne i można naprawdę bawić się w „interpretowanie” utworu.

Więcej o podobieństwach tłumaczeń symultanicznych i muzyki znajdziecie tutaj:

 Music and interpreting – SPEECH REPOSITORY

Ontologia kabiny

Czego nie robić w kabinie?

Nie szeleścić. Nie mlaskać, nie chrząkać, nie stukać, nie kaszleć. Kiedy masz potrzebę wydania organicznych odgłosów, naciskasz przycisk „mute” i wyciszasz mikrofon na te kilka sekund. Warto wyciszać również wtedy, gdy prelegent mówi kompletne bzdury i nie możesz powstrzymać się od śmiechu.

Interpreter set
Narzędzie pracy tłumacza symultanicznego

W kabinie dobrze jest mieć coś do picia, niekoniecznie wodę. Należy posiadać papier i sprawny długopis do notowania nazwisk i liczb. Niezwykle przydatny jest komputer. Można mieć przygotowane wcześniej glosariusze. A, no i najważniejsze – myślący partner, który pomaga w kryzysowych sytuacjach.

A Wy chcielibyście pracować jako tłumacze symultaniczni? Może już pracujecie i macie ciekawe spostrzeżenia na ten temat? Wasze komentarze są na wagę złota!

Maja

Maja Koziełł-Poklewska

Z wykształcenia filolog włoski i specjalista od marketingu. Kocha książki, lasy i niebezpieczne sporty. Włada angielskim, włoskim, hiszpańskim oraz francuskim, a od niedawna uczy się chińskiego. Marzy o napisaniu książki, która rozbawi wszystkich, ale na razie pisze magisterkę, o której ma nadzieję, że nie rozbawi promotora.